Łaziska Górne
Łaziska Górne Strony internetowe FHU Jurand Firma Budowlana
Nowe oblicze reklamy - Dołącz do najlepszych - POLSKI.AS Shell w Łaziskach Górnych Łaziska Górne Hotel Koja - Łaziska Górne - najtańsze noclegi w Centrum Łazisk Górnych już od 20 zł/doba
Internet w Mikołowie

Ogłoszenia drobne
Wiadomości
Humor
Kontakt
Nowości
Archiwum nowości
Przelew
Regulamin sieci
Inni dostawcy
Cennik
Zmiana warunków umowy
Rozrywka
Newsletter
Konta www oraz e-mail
Telefony
Reklamacje
Ustawienia komputera
Polecamy



ekspres.net - jesteś 1198317 gościem na naszej stronie   
  Inni dostawcy internetu     Oferta Pracy     Nasze certyfikaty chrome  firefox
Polecamy następujące przeglądarki
 
  Łaziska Górne Portal Miasta     Pokoje Łaziska Górne     Łaziska Górne czat     Nasza Klasa, Nasza Ulica  
..............................................................................................................................................................................................................
 

   Wiadomości ze Świata      Wiadomości z Kraju     Wiadomości z Regionu




Rewolucji w IPN jednak nie będzie

Platforma Obywatelska nie przeprowadzi istotnych zmian w Instytucie Pamięci Narodowej, bo nie chce dawać Prawu i Sprawiedliwości powodów do ataku. Jedyne, nad czym zastanawiają się politycy partii Tuska, to drobniejsze zmiany w ustawie lustracyjnej, po to, by rozszerzyć dostęp do archiwów.

- Jesteśmy trochę w potrzasku - mówi jeden z prominentnych działaczy PO. - Bo jeśli wzięlibyśmy się za zmiany w Instytucie, PiS natychmiast zaatakowałoby nas, mówiąc, że zamiatamy historię pod dywan. A jeśli tego nie zrobimy, pretensje będzie miał nasz współkoalicjant.

Rzeczywiście: PSL chce zmian w IPN, bo uważa że dziś jest on wykorzystywany politycznie. - W naszym polskim piekle IPN to instytucja z rożnem, na którym według politycznego zamówienia smaży się niektóre osoby - mówi Stanisław Żelichowski, szef klubu ludowców.

Dlatego PSL zamówił ekspertyzy na temat kierunków zmian w Instytucie. Mimo że już są gotowe, na razie trafią do szuflady. - Bez PO, w której są przeciwnicy i zwolennicy zmian, nie jesteśmy w stanie przeforsować nowych rozwiązań, dlatego wstrzymujemy się ze swoimi pomysłami - mówi jeden z posłów PSL.

A Żelichowski dodaje: - Ludzie z PO mają różne życiorysy i nic z tym nie zrobimy - mówi.

Likwidacji IPN chce za to SLD. Sojusz chce zostawić tylko pion badawczy, ale przeniesiony na uniwersytety, by nad dokumentami mogli pracować historycy. Jednak propozycje SLD nie przebiją się w Sejmie, bo nie znajdzie się w nim polityczna siła, która by je przegłosowała.

POLSKA Dziennik Zachodni
26-06-2008

Ppor. Robert Marczewski zginął w Afganistanie

Walka z talibami staje się coraz brutalniejsza. 28-letni ppor. Robert Marczewski z 6. batalionu desantowo-szturmowego w Gliwicach, pożegnany wczoraj w bazie Bagram, jest piątym polskim żołnierzem, który zginął na misji w Afganistanie. W sobotę nasz hummer najechał na minę w miejscowości Kushmond. Śmierć poniósł dowódca patrolu, a czterech polskich żołnierzy zostało rannych.


Cztery dni temu w Afganistanie na minie zginęło czworo brytyjskich wojskowych, w tym pierwsza kobieta. Od rozpoczęcia interwencji w Afganistanie zginęło tam już 106 brytyjskich żołnierzy.

Brytyjskie Ministerstwo Obrony właśnie podało, że w walce z talibami używa bardzo kontrowersyjnej broni - bomb próżniowych. Różnią się one od zwykłych bomb lotniczych tym, że wypełniający je materiał wybuchowy nie zawiera utleniacza, ale w chwili eksplozji wysysa go z powietrza, sprawiając, że ofiary duszą się z braku tlenu.

Eksperci nazywają je także bombami paliwowo-powietrznymi lub termobarycznymi. Ich główną siłą niszczącą jest właśnie ciśnienie. Używa się ich głównie przeciwko polom minowym, słabo opancerzonym pojazdom, samolotom na lotniskach, a także schronom i jaskiniom.

Skuteczność rażenia bomb tego typu jest od trzech do pięciu razy większa od bomb takiej samej wagi i wielkości z ładunkiem trotylowym. Bomby próżniowe były wielokrotnie wykorzystywane podczas wojny w Wietnamie, m.in. do niszczenia kryjówek partyzantów z Wietkongu. Tego typu broń używana była również w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej oraz podczas wojny w Iraku.

W Afganistanie jako pierwsi użyli ich żołnierze armii sowieckiej w czasie okupacji tego kraju w latach 80.

Mimo braku zgody parlamentu i potępienia bomb próżniowych jako wyjątkowo brutalnej broni przez organizacje praw człowieka, brytyjska armia postanowiła użyć ich do walki z talibami. Piloci skarżyli się, że zwykłe przeciwczołgowe rakiety Hellfire są nieskuteczne.

POLSKA Dziennik Zachodni
26-06-2008

Praca dla pielęgniarek z Polski

Polskie pielęgniarki, które po 1 maja 2004 r. uzyskały dyplom ukończenia pielęgniarskich studiów licencjackich albo zrobiły studia uzupełniające, mogą bez problemu podejmować pracę za granicą. W wyniku prowadzonych od kwietnia 2006 r. rozmów resortu zdrowia z przedstawicielami UE postanowiono, że dyplomy polskich pielęgniarek będą w Unii honorowane.

Wyjątkiem są te siostry, które otrzymały uprawnienia pielęgniarskie przed przystąpieniem Polski do UE. Będą one musiały nadal udowadniać, że w ciągu 5 lat od uzyskania dyplomu przez trzy lata pracowały w zawodzie.

Resort zdrowia zapowiada jednak, że będzie walczył o to, aby wszystkie rodzaje dyplomów pielęgniarskich (włącznie z tymi uzyskanymi w liceach medycznych) były honorowane w każdym kraju.

- Obawiam się, że teraz, kiedy pielęgniarkom będzie łatwiej dostać pracę za granicą, wiele z nich wyjedzie - mówi Dorota Gardias, szefowa Ogólnopolskiego Związku Pielęgniarek i Położnych. W Polsce pielęgniarka zarabia średnio od 1100 do 1800 zł miesięcznie. W Europie - co najmniej cztery razy tyle.

Małgorzata Zembik, pielęgniarka z Gryfina na Pomorzu Zachodnim, w tym roku robi licencjat z pielęgniarstwa. - U mnie na roku jest 60 osób. Co najmniej kilka z nich planuje od razu po dyplomie wyjechać na Zachód. Nic dziwnego, bo w Polsce, żeby utrzymać rodzinę, pielęgniarka musi pracować na dwóch etatach - opowiada Zembik.

Według Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych do pracy za granicę wyjechało już co najmniej 12 tys. pielęgniarek (na 220 tys.). - Wolały być tam asystentkami pielęgniarskimi za lepsze pieniądze niż w kraju pracować za grosze - tłumaczy Gardias.

Zwłaszcza że za granicą z pracą dla pielęgniarek nie ma problemu. Na przykład Francja, która cztery lata temu przestraszyła się reklam z polską pielęgniarką, dziś sama je zaprasza. W internecie aż roi się od ofert pracy dla naszego personelu medycznego.

- To odbije się na pacjentach. Już dziś na jedną pielęgniarkę przypada aż 60 pacjentów - mówi Gardias. To aż dziesięć razy więcej niż nakazują unijne standardy - aby je zachować, należałoby do szpitali przyjąć dodatkowo 100 tys. pielęgniarek.

Dziś średnia wieku pielęgniarek to 44 lata. - Jeżeli nie zrobi się nic, żeby przyciągnąć do pracy młodych ludzi, nie poprawi warunków pracy w szpitalach i nie podniesie pensji, nie będzie komu zajmować się pacjentami - podsumowuje Gardias.

Tyle zarabiają siostry w szpitalach i przychodniach na Zachodzie

Wielka Brytania
7108 zł/mies.

W Anglii płace pielęgniarek podwyższane są co roku w listopadzie - to wynik negocjacji rządu ze związkami zawodowymi. W tym roku średnia pensja pielęgniarki to 20 tys. funtów rocznie. W Londynie pielęgniarka zarabia o 20 proc. więcej.

Irlandia
10 771 zł/mies.

Zarobki pielęgniarek w Irlandii są najwyższe w całej UE. Za godzinę siostra dostaje od 14 do 20 euro. Miesięcznie zarabia od 2 tys. 300 do 3 tys. 200 euro - w zależności od stażu pracy. Najwięcej płaci się za pracę na bloku operacyjnym.

Szwecja
8960 zł/mies.

Wiosną, podczas pieciotygodnowego strajku, pielęgniarki wywalczyły podwyżki na najbliższe trzy lata. W tym roku będzie to 4 proc., w przyszłym roku 3 proc. i 2 proc. w 2010 roku. A już teraz średnia pensja to 2 tys. 662 euro.

Francja
6732 zł/mies.

We Francji siostrom płaci się mniej niż w innych krajach. Przeciętnie zarabiają one od 1 tys. 350 do 2 tys. euro miesięcznie. Zaletą ofert pracy jest jednak to, że szpitale często dają mieszkanie i wyżywienie oraz organizują kursy językowe.

POLSKA Dziennik Zachodni

23-06-2008


Uwaga, pułapka kredytowa

Jerzy Rychcik z Wojkowic postanowił skorzystać z oferty kredytowej Polskiej Korporacji Finansowej Skarbiec. Dziś uważa to za swój największy życiowy błąd. Wciąż nie wie, jak firmie udało się go przekonać, żeby wpłacił na jej konto 5 tys. zł. Zrobił to wyłącznie za samą obietnicę udzielenia kredytu! Pożyczki nigdy nie dostał. Pojechał aż do Gdańska, by interweniować w głównej siedzibie Skarbca. Tam postraszyli go ochroniarzami i wyrzucili za drzwi.

- Kiedy już wpłaciłem pieniądze na konto tej firmy, stałem się dla nich zerem - przyznaje emerytowany górnik po ciężkim wypadku.- Uczciwemu człowiekowi nie mieści się w głowie, że ktoś może tak kłamać w żywe oczy. Chcę ostrzec innych przed podobną pomyłką.

W ubiegłym roku rodzina Rychcików znalazła się w trudnej sytuacji. Jego córka budowała dom. Na nieszczęście zmarł jej teść, który znacząco wspomagał finansowanie inwestycji. Budowy nie można było zakończyć. Rychcikowie postanowili wesprzeć dzieci i wziąć na siebie kredyt w wysokości 100 tys. zł. Wtedy trafili na prasowe ogłoszenie o Dobrej Pożyczce. Firma obiecywała minimum formalności, długi okres spłaty, małe raty i niskie odsetki, a także - co dla tych klientów było najważniejsze - specjalną ofertę dla emerytów i rencistów.

Okazało się, że pożyczek udziela PKF Skarbiec działający w Bytomiu przy ul. Dworcowej. Tam usłyszał, że z udzieleniem kredytu nie ma żadnych problemów. Dodatkowo pan Jerzy może skorzystać z promocji, bo jest emerytem, np. nie musi martwić się o zabezpieczenie pożyczki. Wystarczy, że wpłaci 5 tys. zł. To jest jedyny warunek przyznania kredytu na bardzo dogodnych warunkach.

- Kilka punktów regulaminu budziło moje wątpliwości, lecz pracownica interpretowała je na moją korzyść. Zapewniała, że pożyczkę dostanę bardzo szybko. Jak tylko wpłacę pieniądze. Dałem się nabrać. Gdy zobaczyła dowód wpłaty, dała mi do podpisania jedynie umowę przedwstępną - opowiada wzburzony klient.

Poleciła mu czekać na decyzję kredytową w domu. Niepostrzeżenie minęło 10 dni, choć wtedy mógł jeszcze wycofać się z umowy. Kolejne wizyty w Skarbcu nie przynosiły niczego nowego. W końcu nadeszły oczekiwane pisma - z żądaniem przedstawienia żyrantów oraz zgody na blokadę konta, na którym musiał mieć 120 tysięcy złotych!

- To absurd. Gdybym miał taką kwotę, po co brałbym kredyt? - pyta Rychcik. - Lecz pracownica Skarbca była nieugięta. Oznajmiła, że promocja dla emerytów się skończyła. Jak nie przedstawię zabezpieczenia, pożyczki nie będzie. Ale umowa przedwstępna nic o takich szalonych żądaniach nie mówiła.

Zaczęła się korespondencja. Klient pisał do zarządu Skarbca, że wycofuje się z umowy i żąda zwrotu 5 tys. zł. Skarbiec na to, że opłaty przygotowawczej - zgodnie z podpisaną umową - nie zwróci, bo to on nie spełnia warunków wymaganych do udzielenia pożyczki. Nie ma przecież 120 tys. zł! Zdesperowany emeryt pojechał do Gdańska, do głównej siedziby Skarbca. Sekretarka na dzień dobry stwierdziła, że szefów nie ma i nie będzie. On na to, że zamierza koczować w biurze, aż ktoś z zarządu przyjdzie i odda ukradzione pieniądze. Szybko usłyszał, że przyjdą, ale ochroniarze, czego ta pani mu nie życzy, bo to potężnie zbudowani mężczyźni. Ma się natychmiast wynosić. I skończyła dyskusję.

W gdańskiej siedzibie Skarbca wciąż nikt nie odbiera telefonów. Pracownica filii oświadczyła zaś, że wszelkich informacji na temat skarg udziela zarząd w Gdańsku.

Jerzy Rychcik zawiadomił bytomską prokuraturę: że czuje się oszukany, wprowadzony w błąd i że wyłudzono od niego 5 tys. zł. Lecz kolejnym ciosem była pismo z II Komisariatu Policji w Bytomiu. Odmówiono wszczęcia dochodzenia. Zdaniem policji, umowa "jasno określa, w jaki sposób odbywa się przydział gotówki" oraz sytuacje, "w których opłata przygotowawcza podlega zwrotowi". Dlatego obywatel, który ją podpisał, nie może twierdzić, że został wprowadzony w błąd.

Jerzy Rychcik komentuje z goryczą. - Policja chyba udaje, że emeryci, ot, tak sobie, oddają pieniądze firmie, na którą mnożą się skargi w całej Polsce. Czy nie widzą, że ta firma po prostu wyłudza pieniądze? Nie od dziś naciągacze są u nas pod specjalną ochroną, a oszukanych ludzi policjanci traktują jak intruzów, którzy tylko zabierają im bezcenny czas...


Absurdy w parabankach

JERZY SOZAŃSKI,
miejski rzecznik konsumentów w Katowicach

Gdy klient ma wpłacić własne pieniądze, zanim jeszcze podpisze umowę o pożyczkę, to znak ostrzegawczy. Jest to zwykle suma, którą w ustawie o kredycie konsumenckim z 2001 r., nazywa się opłatą przygotowawczą. Ustawa w art. 4 wskazuje, że umowa zawarta z kredytobiorcą powinna zawierać informacje o kosztach związanych z udzieleniem kredytu. Łącznie te opłaty nie mogą przekroczyć 5 proc. sumy kredytu. I takiej kwoty parabanki właśnie żądają, bo mogą jej nie zwrócić. Niestety, korzystają z luki prawnej, która im na to pozwala. Firma przekonuje ludzi, że kredyt jest pewny, a kiedy o-płata już wpłynie na jej kon-to, okazuje się, że nie zostali zakwalifikowani do udzielenia pożyczki. Bo warunki są uznaniowe, czasem absurdalne. Klient o odmowie dowiaduje się po upływie 10 dni, a tylko wtedy ma czas na odstąpienie od umowy. Gdy pojawią się jakiekolwiek wątpliwości, warto poradzić się rzecznika praw konsumentów. Można też zwrócić się do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który już prowadzi kilka postępowań w sprawie na-ruszenia zbiorowych interesów konsumentów przez instytucje parabankowe.


To podejrzane

PKF Skarbiec jest dobrze znany Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W 2004 r. został wpisany na listę firm, które działają w zakazanym systemie argentyńskim. Obecnie zmienił zasady, ale też budzą zastrzeżenia. W ostatnich tygodniach prezes UOKiK wy-dał dwie decyzje, w których uznał za niezgodne z prawem praktyki stosowane przez PKF Skarbiec i Forminx Finance - instytucje, które nie są bankami, a zajmują się udzielaniem szybkich pożyczek. Urząd skontrolował wzorce umowne stosowane przez spółkę.
 
POLSKA Dziennik Zachodni
23-06-2008

Książka tylko dla wybranych

Dziś na półki księgarń trafiła jedna z najgłośniejszych książek ostatnich lat - publikacja historyków IPN o Lechu Wałęsie. Dzieło odpowiedzialnego za program edukacyjny IPN w Gdańsku Sławomira Cenckiewicza i wiceszefa pionu lustracyjnego Piotra Gontarczyka liczy 751 stron i ma kosztować 65 zł.

Chociaż od tygodnia spory o książkę zajmują czołówki gazet i najlepsze godziny czasu antenowego we wszystkich stacjach telewizyjnych, na początku tylko nieliczni będą mogli kupić tę publikację. Jej nakład wynosi zaledwie 4 tys. egzemplarzy. Dlaczego tak mało? - A widział ktoś książkę Instytutu wydaną w większym nakładzie? - odpowiada pytaniem rzecznik IPN Andrzej Arseniuk. - To nasza normalna praktyka.

- Docelowo książka ukaże się w nakładzie 40 tys. egzemplarzy - dodaje Piotr Gontarczyk, współautor książki. - Już w piątek być może ukaże się kolejnych 5 tys. egzemplarzy - dodaje. Na razie zainteresowanym pozostaje czekać, aż książka pojawi się w czytelniach. Jest też internet - na Allegro za książkę niektórzy chcą zapłacić nawet 284 zł. To jednak nie musi być oznaką sukcesu, uważają znawcy rynku. - Choć wśród wydawców panuje zasada "wyróżnij się albo zgiń", to jednak IPN, stawiając na szali całą swoją reputację, mocno przesadził - ocenia doświadczony wydawca Jacek Santorski.

Niskim nakładem zdziwieni są politycy. - Pójdę do księgarni. Jak przeczytam, dam rodzicom - mówi wiceprzewodnicząca SLD Katarzyna Piekarska. Publikację IPN chce też poznać wicemarszałek sejmu Stefan Niesiołowski. - Na początku nie chciałem, ale skoro się o niej dyskutuje, to jednak trzeba - mówi. Zaś poseł PiS Tadeusz Cymański uważa, że lektura tej książki jest obowiązkiem każdego polityka. Jego zdaniem bez wcześniejszej dyskusji i listów w obronie Wałęsy zainteresowanie byłoby mniejsze. - Zakazany owoc zawsze smakuje najlepiej - kwituje.

Dyskusja na temat książki trwa już kilka tygodni. Wczoraj Przemysław Gosiewski, szef klubu PiS, sugerował, że po jej opublikowaniu prokuratorzy IPN powinni rozważyć możliwość wznowienia postępowania lustracyjnego wobec Lecha Wałęsy.


Co dokładnie jest w książce

Rozdziały 1-3

Najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna część książki. Tu Cenckiewicz i Gontarczyk piszą, że Lech Wałęsa to tajny współpracownik "Bolek". Autorzy wyjaśniają też, dlaczego ujawniają dokumenty dotyczące sprawy "Bolka": "Historyczna rola L. Wałęsy nie może być wytłumaczeniem dla swoistego «immunitetu historycznego», który otacza jego osobę".

Rozdziały 4-5

Działalność tajnego współpracownika "Bolka": spotkania z oficerami, donosy, pieniądze za współpracę. Historycy uważają, że: "(...) dokumentacja dotycząca działalności TW ps. Bolek jest na tyle skąpa, że nie pozwala na całościowy opis i ocenę jego aktywności".

Rozdziały 6-8

Okres walki o niepodległość i przygotowania do prezydentury - tajny współpracownik "Bolek", a następnie obiekt inwigilacji Służby Bezpieczeństwa. "Nie wszystkie dokumenty dotyczące Wałęsy zostały w latach 1989-1990 zniszczone".

Rozdziały 9-11

Pierwsza lustracja Lecha Wałęsy w 1990 r., zawartość teczki TW "Bolka" i upadek rządu Jana Olszewskiego.

Rozdziały 12-14

Niszczenie akt "Bolka". Wiele dokumentów dotyczących "Bolka" znaleziono w Gdańsku, w mieszkaniu byłego funkcjonariusza SB. UOP je odzyskał, "(...) w kwietniu 1994 r. mikrofilmy przekazano Lechowi Wałęsie". Wróciły wybrakowane.

Rozdziały 15-17

Autorzy opisują śledztwo prowadzone w sprawie zaginięcia akt "Bolka" i krytykują wyrok sądu lustracyjnego z 2000 r., w myśl którego Lech Wałęsa nie został uznany za współpracownika bezpieki.

Rozdział 18

Powrót sprawy Wałęsy po orzeczeniu sądu lustracyjnego. "Starano się uciec od trudnych pytań dotyczących nieznanych fragmentów życiorysu Wałęsy, jak również losów dokumentów, które zaginęły w MSW w latach 1992-1995. %07Przede wszystkim zaś unikano ustosunkowania się do dokumentacji źródłowej z pierwszej połowy lat 70., którą odnaleziono m.in. w gdańskim IPN" - oceniają autorzy.

Po książce o Wałęsie politycy chcą zmienić ustawę o IPN

Koalicja PO-PSL planuje porządki w IPN. - Nasi eksperci zastawiają się nad zmianami w ustawie o Instytucie - zdradza naszej gazecie jeden z ludowców.

O tym, że zasady, na jakich funkcjonuje IPN, trzeba zmienić, mówi otwarcie Zbigniew Chlebowski, przewodniczący klubu PO. - Ta instytucja do tej pory zajmowała się badaniami i edukacją, a dodatkowo funkcjonował w jej ramach pion prokuratorski. To nie budziło wątpliwości. Ale teraz zaczyna jeszcze dodatkowo ferować ostateczne wyroki. To nie w porządku. Trzeba się zastanowić nad funkcjonowaniem Instytutu - mówi polityk, nawiązując do budzącej wiele kontrowersji książki historyków IPN o Lechu Wałęsie. Zdradza też, że jednym z rozważanych wariantów jest rozdzielenie funkcji prokuratorskich związanych z lustracją od badawczych i edukacyjnych. Ograniczyłoby to kompetencje i rolę IPN.

- Mogłoby być znów tak, że lustracją zajmie się zewnętrzny urząd, taki jak zlikwidowany dwa lata temu Rzecznik Interesu Publicznego%07- mówi nam inny poseł PO.

Takie rozwiązanie proponuje od dawana Andrzej Friszke, wykładowca Collegium Civitas, były członek Kolegium IPN. - Byłem krytykiem wlania do IPN pionu lustracyjnego, uważałem, że to skazi ten urząd, uczyni go narzędziem w rękach polityków. I tak się stało - mówi Friszke. Jego zdaniem lustracją powinien zająć się osobny urząd. Historyk uważa też, że w tej chwili pozycja prezesa Instytutu jest zbyt silna. - Należałoby na nowo uregulować zasady wyłaniania kierownictwa - dodaje Friszke.

O konieczności odpolitycznienia IPN mówi też Grzegorz Dolniak, wiceprzewodniczący klubu PO. Jednak Platforma nie popiera najdalej idącego postulatu - likwidacji IPN, który ogłosił w weekend Sojusz Lewicy Demokratycznej. Posłowie SLD już wkrótce mają złożyć w Sejmie stosowny projekt. Wczoraj politycy dyskutowali na ten temat w Radiu Zet. Zbigniew Chlebowski stanowczo zapewnił, że o likwidacji Instytutu nie ma mowy.

Co na to Prawo i Sprawiedliwość? Zbigniew Girzyński, poseł PiS, jest oburzony zapowiedziami jakichkolwiek zmian w IPN. - Instytut pod kierownictwem prezesa Kurtyki wreszcie zaczął funkcjonować tak, jak powinien - podkreśla poseł.

Spokojniej podchodzi do sprawy historyk Antoni Dudek, doradca prezesa IPN. - Kręgosłupem IPN są piony archiwalny i badawczy. Dopóki pozostaną one w Instytucie, będzie on miał rację bytu - mówi Dudek.

Historyk podkreśla jednak, że jeśli koalicja PO i ludowców przeforsuje zmiany wbrew PiS, będzie musiała liczyć się z wetem prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

POLSKA Dziennik Zachodni
23-06-2008

Rabusie zostali złapani, skazani, ale nie poszli za kratki

Region Mimo skazujących wyroków "elita" śląskich kieszonkowców dalej okrada podróżnych w pociągach i na dworcach. Do więzienia nie trafił na razie żaden z członków rozbitej przed kilkunastoma miesiącami szajki. Każdy z nich stworzył swoją własną grupę i teraz są jeszcze groźniejsi - mówią rozgoryczeni funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei.


W lutym ubiegłego roku na stacji kolejowej w Trzebini grupa uderzeniowa SOK na gorącym zatrzymała uczynku pięciu kieszonkowców. Rabusie okradali podróżnych w międzynarodowych pociągach "Batory" i "Silesia".

- To byli sami starzy wyjadacze, od 30 lat działali bez wpadki. Na swe ofiary wybierali głównie cudzoziemców - mówi Grzegorz Sławiński, rzecznik katowickiej komendy SOK.

Przygotowania do akcji trwały kilka tygodni. Wcześniejsze próby przyłapania szajki na "gorącym uczynku" kończyły się fiaskiem.

Rabusie zawsze zdążyli na czas pozbyć się "fantów". Dzięki rozbudowanej sieci informatorów wiedzieli, na której stacji mogą spodziewać SOK-istów. Dla grupy pracowali taksówkarze, sprzedawcy w kioskach, bezdomni, a nawet prostytutki z katowickiego dworca. Dlatego właśnie, by uniknąć rozpoznania ukrytych między podróżnymi SOK-istów w cywilu do udziału w zasadzce ściągnięto funkcjonariuszy z innych regionów Polski.

Na dworcu w Trzebini ruszyli oni do akcji. Równocześnie do do pociągu wkroczyli członkowie grupy uderzeniowej SOK.

Tym razem udało się zaskoczyć złodziei nim ci pozbyli się "fantów". Przy zatrzymanych rabusiach znaleziono kilka skradzionych "komórek", aparat fotograficzny, kilka tysięcy złotych oraz pieniądze innych walut.

Rabusie mieli również przy sobie sprzęt pomocny w złodziejskim procederze: skalpele, nożyce chirurgiczne, latarki, klucze do przedziałów oraz gaz pieprzowy. Zatrzymano również współpracującą ze złodziejami drużynę konduktorską.

Kieszonkowcy spędzili w areszcie pół roku. W grudniu Sąd Rejonowy w Chrzanowie skazał wszystkich członków grupy na kary po osiemnaście miesięcy więzienia bez prawa do zawieszenia i wysokie grzywny. W uzasadnieniu wyroku sędzia podkreślił wysoką szkodliwość społeczną ich działań - to przez takich jak oni ludzie boją się jeździć koleją.

Żaden spośród skazanych kieszonkowców nie trafił jednak za kraty. Trzech złożyło apelację i obecnie czeka na jej rozpatrzenie przez Sąd Okręgowy w Krakowie, pozostała dwójka uznała, że szkoda im czasu na formalności i zniknęła.

- Nie stawili się na wezwanie do zakładu karnego i obecnie są poszukiwani przez policję. Sądzę, że to tylko kwestia czasu kiedy zostaną doprowadzeni do więzienia - tłumaczy Janusz Kawałek, wiceprezes Sądu Rejonowego w Chrzanowie.

Katowiccy SOK-iści nie kryją zaskoczenia taką sytuacją. Od razu też podpowiadają, gdzie szukać ukrywających się przed policją złodziei: w pociągach.

Korzystając z uroków wolności członkowie szajki szybko wrócili bowiem do starych praktyk. Nie zmienili przyzwyczajeń, zmienili natomiast metody.

- Zaczęli działać na własną rękę. Każdy zrobił sobie "nabór" wśród kieszonkowców, tworząc własną grupę. Nie można im więc teraz zarzucić, że tworzą zorganizowaną grupę przestępczą. Choć wszyscy mieszkają w Katowicach, to zameldowani są w różnych częściach Polski - mówi Grzegorz Sławiński.

POLSKA Dziennik Zachodni
23-06-2008

Rozmowa z nadkom. Piotrem Sikorskim, zastępcą komendanta policji w Mikołowie

Polska Dziennik Zachodni: Jeden z naszych Czytelników był niedawno świadkiem zdarzenia, w którym grupka pijanych klientów jednego z mikołowskich barów naprzykrzała się piętnastoletniej dziewczynie. Zadzwonił na policję z prośbą o interwencję, ale ponieważ nie podał swojego nazwiska, dyżurny odmówił przyjęcia zgłoszenia. Czy miał do tego prawo?


Piotr Sikorski: Nie znam szczegółów tego konkretnego przypadku, więc trudno mi ocenić zachowanie dyżurnego. Zasada jest jednak taka, że zgłaszający nie ma obowiązku przedstawiania się. Respektujemy jego prawo do anonimowości i przyjmujemy każdą informację. Nie ukrywam, że były i takie sytuacje, w których dyżurni dostali reprymendę za niesłuszne bagatelizowanie zgłoszenia. Sytuacja, o której pani mówi, wymaga zbadania.

PDZ: Czyli podejmujecie interwencje nawet w przypadku anonimowego zgłoszenia?


PS: Oczywiście. Dyżurny na pewno zapyta dzwoniącego o nazwisko, ale musi podjąć rozmowę bez względu na odpowiedź. Jeżeli ktoś jest akurat świadkiem włamania, policjant może go poprosić o numer telefonu, żeby do niego oddzwonić i prowadzić rozmowę aż do przyjazdu na miejsce radiowozu. To bardzo ważne, by mieszkańcy dawali nam znać o wszystkich niepokojących ich zdarzeniach. To leży w ich interesie, nie chodzi przecież o nic innego, jak ich bezpieczeństwo. Może i pogorszy to nam nieco statystyki, ale na nich zależy nam akurat najmniej.

PDZ: Jakich informacji potrzebujecie zatem, by podjąć interwencję?

PS: Przede wszystkim musimy znać dokładne miejsce zdarzenia. Nic nie zdziałamy, jeśli nie będziemy wiedzieć, dokąd wysłać radiowóz. Poza tym, dzwoniący musi krótko scharakteryzować, co się dokładnie dzieje, opisać niepokojącą go sytuację. Zawsze trzeba dać znać, czy jest konieczna karetka pogotowia. To się odnosi zwłaszcza do wypadków drogowych.

PDZ: Wystarczy zgłoszenie i już jesteście w drodze?

PS: Czasem to nie jest konieczne. To zależy od oceny dyżurnego, ale jeżeli sprawa jest szczególnie pilna, jak w przypadku bójki, pobicia lub włamania, nawet jeśli radiowóz znajduje się akurat na innym zdarzeniu, zaangażujemy do interwencji samochody z lokalnych komisariatów.

PDZ: Tyska policja uruchomiła jakiś czas temu telefon zaufania. Czy w Mikołowie funkcjonuje coś podobnego?

PS: Nie, nie mamy takiej linii. Interwencje podejmujemy w oparciu o telefony alarmowe - 997 i 112. Na początku tego roku rozdysponowaliśmy między mieszkańców ulotki, które mają im o nich przypominać. Wciąż stosunkowo mało osób łączy się z nami przez numer 112, ale Powiatowe Centrum Zarządzania Kryzysowego w starostwie planuje akurat jego rozbudowę. Niedługo na klatkach schodowych i w punktach obsługi klienta urzędów pojawią się zalaminowane ulotki z numerami interwencyjnymi.

PDZ: Dużo interwencji podejmujecie w oparciu o zgłoszenia?

PS: W ciągu ostatnich pięciu miesięcy mieliśmy ponad 14 tys. połączeń z numerem 997. To jest 236 godzin nagrań! Jesteśmy w stanie rozmawiać jednocześnie z dwóch numerów. Jeżeli dyżurny akurat przyjmuje zgłoszenie, powinien odebrać jego zastępca. Nie ma połączeń oczekujących. Nie znam dokładnych statystyk, ale - w moim prywatnym odczuciu - dostajemy coraz więcej zgłoszeń od mieszkańców. To się dla nas liczy. Zależy nam przede wszystkim na informacji. Osobiście, zdecydowanie namawiam, żeby dzwonić do nas w każdej sprawie.

POLSKA Dziennik Zachodni
20-06-2008

W wakacje mogą stanąć pociągi

Jeśli kolejarze nie dogadają się z rządem w sprawie emerytur pomostowych, na początku lipca dojdzie do dwugodzinnego strajku ostrzegawczego, a miesiąc później do generalnego - ostrzega kolejarska Solidarność. Decyzja w tej sprawie zapadnie na początku przyszłego tygodnia.


Wczoraj kilkuset związkowców z całego kraju protestowało pod kancelarią premiera przeciwko próbie odebrania im przywilejów emerytalnych. W projekcie ustawy o emeryturach pomostowych przygotowanym przez resort pracy przewidziano, że prawo do przechodzenia na wcześniejsze emerytury straciliby m.in. konduktorzy i kasjerki, a zachowali tylko pracownicy bezpośrednio zaangażowani w utrzymanie ruchu, jak maszyniści czy dyżurni ruchu.

Solidarność uważa, że to próba podzielenia środowiska. - Chcemy uprawnień emerytalnych dla wszystkich - mówi Henryk Grymel, szef kolejarskiej Solidarności, do której należy ok. 25 proc. wszystkich pracowników kolei. Z protestującymi spotkał się Michał Boni, szef doradców premiera Donalda Tuska. - Ustaliliśmy, że w przyszłym tygodniu zasiądziemy do konkretnych roz-mów - mówi Grymel.

POLSKA Dziennik Zachodni
20-06-2008

Nauczyciele grożą na koniec roku szkolnego

Rozpoczynające się dzisiaj wakacje nauczyciele wykorzystają na przygotowania do największego od lat 90. strajku. - Nie wykluczam, że nowy rok szkolny w ogóle się nie zacznie - odgraża się prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, Sławomir Broniarz.

Wczoraj spotkały się na naradzie wszystkie skłócone dotąd oświatowe związki zawodowe. Trzy najważniejsze: ZNP, Solidarność i Forum Związków Zawodowych, mówią jednym głosem: czas na ogólnopolski protest.

25 czerwca rozmowy ostatniej szansy na linii nauczyciele - rząd. Na razie jest pat. Rząd obiecuje wprawdzie nauczycielom niezłe podwyżki: na poziomie 10 proc. w 2009 r. Jak wynika z wyliczeń negocjującego z nauczycielami ministra Michała Boniego, stażysta zyska 586 zł, nauczyciel kontraktowy - 618 zł. Ale najlepiej wykwalifikowani nauczyciele dostaną znacznie mniej. Mianowani 339 zł, a dyplomowani zaledwie 290 zł. Ceną będzie utrata przywilejów: prawa do wcześniejszej emerytury i wydłużenia tygodniowego pensum - z dotychczasowych 18 do 22 godzin.

- To skandal. Ledwo mam 18 godzin, bo dla muzyka nie ma więcej. Ta decyzja postawi mnie w trudnej sytuacji, bo nie będę miał znowu stałego konkretnego etatu - denerwuje się Janusz Olszówka z Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 3 w Bytomiu. Związki już policzyły: w całym kraju pracę może stracić 120 tysięcy nauczycieli. I są przekonani, że tylko dlatego rząd będzie miał pieniądze na obiecane podwyżki, bo samorządy podniosą pensum i zwolnią część szkolnej kadry.

Rząd uspokaja: zwiększenie pensum nie będzie odgórną decyzją, ale sprawą samorządu. - Jeśli w klasach są uczniowie o szczególnych potrzebach albo szkoła oferuje dodatkowe zajęcia, wtedy pensum powinno zostać zwiększone - tłumaczy Michał Boni, rządowy negocjator z nauczycielami. Związkowcy jednak uważają, że każdy samorząd pensum podniesie, czy to potrzebne, czy nie. Bo dla niego oznacza to jedno - oszczędności. - Kończymy rok szkolny w żałobie %07- oświadczyli wczoraj działacze nauczycielskiej Solidarności.

ZNP (liczy ponad 300 tys. osób) już szykuje się do najpotężniejszego od lat strajku we wrześniu. "Dziś rząd chce nam odebrać wszystko, dlatego bez względu na przynależność związkową powinniśmy powiedzieć dość i pokazać naszą determinację po wakacjach. Ładujcie akumulatory na wrzesień!" - pisze w liście do nauczycieli prezes ZNP Sławomir Broniarz. Osobiście zagrzewał wczoraj do strajku w Koszalinie.

A w Warszawie doszło do bezprecedensowego spotkania wszystkich związków zawodowych nauczycieli. Zakopali stare spory i partyjne podziały. - Wśród działaczy ZNP, Solidarności i Forum Związków Zawodowych jest wola protestu. Porozumienie o wspólnej akcji podpiszemy prawdopodobnie 25 czerwca %07- mówi Magdalena Kaszulanis, rzecznik prasowy ZNP.

Wróży to gigantyczny kryzys w rządzie. NSZZ Solidarność już zażądała dymisji trzech ministrów: edukacji (bo daje nauczycielom za małe podwyżki), pracy (bo na ogłoszonej wczoraj liście zawodów uprawnionych do wcześniejszych emerytur nie ma nauczycieli) i doradcy premiera Michała Boniego (bo według związków negocjuje z nauczycielami arogancko).

POLSKA Dziennik Zachodni
20-06-2008


Fotoradary zarobią na lepsze drogi

Po tym, jak pierwsi napisaliśmy, że w przyszłym roku zacznie działać ogólnokrajowy system fotoradarów, który będzie karał kierowców przekraczających prędkość, rozgorzała dyskusja zwolenników i krytyków tego pomysłu. A rząd już zaciera ręce: nie tylko będzie bezpieczniej, ale i wpływy do budżetu znacząco wzrosną. Z tych pieniędzy będziemy budować drogi.

System rzeczywiście zwiększy wydajność fotoradarów, które na razie działają ledwie na promil swoich możliwości. Policjanci są w stanie wypisać dziewięć mandatów dziennie kierowcom sfotografowanym przez fotoradar, podczas gdy urządzenie mogłoby zrobić piratom nawet 30 tys. fotografii. Po zautomatyzowaniu systemu, wpływy z mandatów powinny wzrosnąć na początku przynajmniej do 600 mln zł rocznie (teraz to 60 mln zł). Wystarczy na budowę kilku nowych dróg lub modernizację starych i, jak zapewnia wiceszef MSWiA, Adam Rapacki, część pieniędzy będzie na to przeznaczona.

Ale to niejedyna korzyść. - Sytuacja jest teraz dramatyczna, bo kierowcy mają poczucie bezkarności na drogach. Jeśli system nie będzie tylko maszynką do robienia pieniędzy, to poprawi bezpieczeństwo - uważa Zygmunt Użdalewicz, inżynier ruchu, jeden z bardziej uznanych specjalistów ds. bezpieczeństwa na drogach w Polsce. Użdalewicz przypomina, że Francuzi, na których chce wzorować się polski rząd, także popełnili kilka błędów - np. zaniedbali kampanię społeczną wyjaśniającą potrzebę wprowadzenia systemu.

Przypomnijmy: system ma karać każdego, kto nawet nieznacznie przekroczy prędkość. Słupów dla fotoradarów jest w kraju ponad 700 i już niedługo we wszystkich mają być zamontowane kamery. Każde zdjęcie trafi do bazy, która automatycznie wystawi i wyśle mandat do właściciela auta.


Antyradary GPS to hit ostatnich dni

Na projekt nowego systemu karania mandatami na szeroką skalę, szybko zareagowali producenci antyradarów. Do sklepów trafiło nowe urządzenie, które z miejsca stało się hitem wśród kierowców - lokalizator fotoradarów. Wykorzystuje technologię GPS. Wyposażony jest w wirtualną bazę słupów z fotoradarami. Ostrzega kierowców o nich na 500 i 300 metrów przed urządzeniem. Zdaniem producentów przyczyni się to zwiększenia bezpieczeństwa, a jednocześnie ustrzeże kierowcę przed mandatem. Co ciekawe, takie antyradary cieszą się poparciem policjantów. - Przecież chcemy, żeby fotoradary działały prewencyjnie, czyli zmniejszały liczbę wypadków - mówi mł. insp. Jacek Zalewski z komendy głównej.

Łukasz Krajewski  -  POLSKA Dziennik Zachodni
20-06-2008

Wakacje bez pułapek

Niemal wszyscy organizatorzy wypoczynku mają w umowach pułapki na klientów. Przed niezgodnymi z prawem zapisami ostrzega tuż przed sezonem wakacyjnym Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Skoro jest tak źle, to dlaczego polscy turyści się nie skarżą? - pyta Polska Izba Turystyki. Czyżby więc raport był strzałem na postrach?

UOKiK od kilku lat monitoruje branżę turystyczną. W tym roku znów wyszło na jaw, że umowy podpisywane z klientami zawierają niedozwolone zapisy, uderzające w ich interesy - choć powinny być one dobrze branży znane. W tej chwili w "Rejestrze klauzul niedozwolonych", zawierających wyjątkowo bezprawne postanowienia umieszczane w umowach z klientami, UOKiK ma ponad 1400 postanowień, z czego aż 364 dotyczy turystyki. Jest to największa grupa dotycząca jednej branży.

Najnowsza kontrola UOKiK w 137 wybranych losowo spośród kilku tysięcy działających w Polsce firm turystycznych pokazała, że u 96,4 proc. przedsiębiorców umowy czy regulaminy świadczenia usług oraz zawartość materiałów reklamowych budzą zastrzeżenia.

- Dotyczą one głównie wzrostu opłat i kosztów wykupionego wyjazdu - mówi Małgorzata Cieloch z UOKiK.

Są i inne grzechy - zastrzeżenia, że warunki pobytu lub zakwaterowania podczas wycieczki mogą się zmienić, skarga na hotel lub przewoźnika musi być zasadna, roszczenie składane na piśmie i potwierdzane np. przez pilota, a oferta "last minute" może oznaczać gorszy hotel. UOKiK ostrzega przed takimi zapisami w umowach.

Kontrola przeprowadzona przez Urząd zakończyła się wszczęciem 101 postępowań w sprawach naruszenia praw konsumentów, 73 organizatorów turystycznych zostało wezwanych do dobrowolnej zmiany zakwestionowanych postanowień - i w 21 przypadkach już się tak stało. W stosunku do 6 przedsiębiorców wystąpiono z powództwem do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów o uznanie stosowanych klauzul za niedozwolone.

- Jestem zdumiony, że tuż przed sezonem UOKiK straszy naszych przyszłych turystów, a nas nie raczył zaprosić na konferencję, byśmy mogli zapytać o szczegóły - mówi Grzegorz Chmielewski, prezes śląskiego oddziału Polskiej Izby Turystyki w Katowicach. - Nie daję wiary, że u wszystkich skontrolowanych przedsiębiorców były wszystkie wymienione uchybienia. Jestem przekonany, że część z nich miała błahy charakter.

Jego zdaniem, należy przyjrzeć się, na ile zakwestionowane przez UOKiK zapisy są faktycznie groźne dla klienta i powodowały uszczerbek w jego interesach. Prezes Chmielewski przypomina, że turyści zwykle obawiają się pozostawienia ich "na lodzie" po upadku biura podróży w środku sezonu. Tymczasem od dwóch lat takiego zdarzenia nie było.

- Często nasza branża rozmawia o rozmaitych zagrożeniach i nieprawidłowościach, eliminujemy je u podstaw, teraz zamierzamy opracować wzorzec umów, który będzie zgodny z wszelkimi przepisami - mówi prezes Grzegorz Chmielewski. - Tym bardziej więc nie mogę się zgodzić z uogólnieniem, że "niemal wszyscy" organizatorzy turystyki łamią przepisy.

Przypomina on, że klient ma nie tylko prawo do niepodpisywania wątpliwej w swoim mniemaniu umowy, ale też do skargi i sądu, który rozstrzyga wątpliwości. Tymczasem skarg jest tyle - co nic.

- Mamy 18 czerwca, do tej pory złożono u nas 8 skarg, w tym 7 na biura z województwa śląskiego - mówi Tomasz Raczek, dyrektor Wydziału Turystyki i Sportu Urzędu Marszałkowskiego w Katowicach. - W tym roku mieliśmy najwięcej skarg na to, że już na miejscu ludzie przekonywali się, że warunki wypoczynku są dalekie od gwarantowanych przez biuro.

Jeszcze pod 10 lat temu problemów turystycznych było więcej, a takich skarg wpływało po 200 rocznie. Można więc sądzić, że UOKiK tylko straszy, PIT szkoli swoich członków, urząd skargi przyjmuje - a cały rynek się cywilizuje.


7 grzechów

1) Firmy turystyczne przyznawały sobie prawo do zmiany ceny bez uzasadnionej przyczyny, choć prawo pozwala to zrobić w ściśle określonych warunkach, np. gdy rosną koszty transportu.

2) Przepisy nie pozwalają zmieniać ceny na 20 dni przed rozpoczęciem imprezy. Organizatorzy zastrzegają sobie taką możliwość nawet dwa tygodnie przed terminem.

3) Powszechne są klauzule: klient ma prawo odstąpić od umowy z chwilą wzrostu ceny imprezy więcej niż 15 proc. Konsument powinien mieć prawo odstąpienia od umowy niezależnie od podwyżki

4) Biura zastrzegają, że warunki pobytu i program imprezy może ulec zmianie bez możliwości odstąpienia od umowy bez kary. Tymczasem klient musi być o tym powiadomiony i ma prawo do rezygnacji, przy pełnym zwrocie opłat.

5) Biura nie gwarantowały w przypadku "last minute" warunków wypoczynku. Prawo nie różnicuje "ofert specjalnych", "last minute", a konsumentowi przysługuje pełna ochrona.

6) Biura podróży uznały, że mogą nie przyjąć reklamacji, gdy - według hotelu albo przewoźnika - usługa nie odbiegała od standardu. Ale to organizator odpowiada za nienależyte wykonanie umowy.

7) Ogranicza się klientom możliwość zgłaszania roszczeń, wprowadzając wiele uciążliwych formalności, np.: zgłoszenie w formie pisemnej, potwierdzone przez pilota, rezydenta.

POLSKA Dziennik Zachodni

19-06-2008

Polska żyje sporem o życiorys Lecha Wałęsy

Lech Wałęsa stanął wczoraj niespodziewanie naprzeciw Janusza Kurtyki, prezesa IPN i szefa historyków, którzy napisali książkę o agenturalnej historii byłego prezydenta. To kolejny poryw burzy, która przetacza się przez nasze życie publiczne.

Polska żyje dziś tym, czy Lech Wałęsa był "Bolkiem", czy nie, czy jako prezydent niszczył dokumenty SB na swój temat. A także tym, czy historycy IPN mieli prawo napisać o tym książkę. Spór o historię powrócił z pełną mocą. Zdominował nagłówki gazet, paski informacyjne telewizji i debaty publicystów. Gdzieś w tle znalazły się przesłuchania szefa CBA, zatrzymanie kolejnego lekarza, polityczna walka na Podkarpaciu, powrót polskich piłkarzy, a nawet odkrycie trzech nowych planet.

Janusz Kurtyka twardo stanął w obronie swoich historyków i zapowiedział, że IPN ponosi odpowiedzialność za ich słowa. Krótko później Kurtyka niespodziewanie spotkał się z samym Wałęsą. Obaj zetknęli się wczoraj na konferencji "Pamięć po komunizmie". Gdy Wałęsa przemawiał, szef IPN siedział w pierwszym rzędzie, kilka metrów od niego. - Każdy z was może być "Bolkiem" - mówił były prezydent. Kurtyka nie reagował.

W mediach pojawili się autorzy książki. Piotr Gontarczyk i Sławomir Cenckiewicz w radiowej Trójce bronili swoich tez. Co nie oznacza, że nie dostrzegali pozytywnej postawy Wałęsy. Twierdzili, że w 1978 roku odmówił ponownej współpracy, a w latach 80. był brutalnie naciskany przez SB.

W tym czasie nie milkły gromy spadające na autorów książki. Do boju przystąpili wstrzemięźliwi do tej pory w tej sprawie politycy PO. Bronisław Komorowski, marszałek Sejmu, stwierdził, że celem IPN jest zniszczenie legendy Wałęsy. Wtórował mu Zbigniew Chlebowski, szef klubu Platformy. Do dyskusji włączył się nawet szef BCC Marek Goliszewski, który stwierdził, że książka… godzi w polską gospodarkę.

Równocześnie pojawiło się już kilka spraw "odpryskowych" związanych z książką Cenckiewicza i Gontarczyka. Historycy, pisząc o procesie lustracyjnym Wałęsy w 2000 roku, analizują też inne podobne procesy. Zwracają uwagę, że adwokatami biorącymi w nich udział były także osoby mające za sobą współpracę z bezpieką. Jako taką właśnie osobę wymienili mecenasa Piotra Kruszyńskiego, obrońcę Zyty Gilowskiej w jej procesie lustracyjnym. Znany adwokat zaprzecza i zwraca uwagę, że uzyskał w IPN status poszkodowanego.

Podstawowa wątpliwość, jaka pojawia się w trakcie lektury książki dwóch historyków, to brak pisemnego zobowiązania Wałęsy do współpracy z SB. Naukowcy bazują przede wszystkim na wielu wiarygodnych poszlakach, ale nie mają jednego stuprocentowego dowodu.

Zdaniem Gontarczyka i Cenckiewicza taka sytuacja wynika z faktu, że akta dotyczące Wałęsy zostały zdekompletowane. I właśnie śledztwo badające jak akta TW Bolka miały być czyszczone przez byłego prezydenta jest kluczową częścią ich pracy. Ma być ona historią momentu słabości, którego ukrywanie prowadziło do kolejnych nadużyć. A te do jeszcze kolejnych, które miały ukryć te poprzednie.

Wątpliwe, byśmy dziś zbiorowo doszli do prawdy o TW Bolku i zarzutach formułowanych przez IPN. Choćby z przyczyny, która za każdym razem o sobie daje w takich sytuacjach znać. Ze względu na fakt, że trudno znaleźć ludzi, którzy mogliby w tym sporze rozsądzać, a nie byliby oskarżani o jakieś uwikłanie. Uwikłanie w przeszłość, bieżącą politykę czy choćby nawet zwykłą lojalność środowiskową. Dotyczy to zarówno sędziów, jak i historyków. Historycy bliscy IPN narażą się natychmiast na zarzut braku obiektywizmu. Ale na taki sam zarzut, z drugiej strony, narazi się część starszych badaczy, w przypadku których w grę mogą wchodzić kontakty z bezpieką czy dawna przynależność do PZPR. Symbolem - jak trudno tu uchodzić za bezstronnego - może być konflikt w IPN pomiędzy prezesem Instytutu a jego zbuntowaną (w sprawie książki) zastępczynią Marią Dmochowską. Kurtyka jest od lat bliski środowisku prawicowemu, bliższemu PiS i idei lustracji, Dmochowska związana jest z lewicą solidarnościową, środowiskiem krytycznej wobec lustracji dawnej Unii Wolności.

Może więc pora, by rozsądzenie sprawy powierzyć jakimś zagranicznym ekspertom? Ale czy będą oni w stanie przedrzeć się przez polskie akta, które wymagają doświadczenia? Chyba czas, by ostudzić emocje, przeczytać książkę, posłuchać tego, co mówi Lech Wałęsa, i samemu wyrobić sobie osąd.


IPN-owi grozi okrojenie budżetu za wydanie książki o "Bolku"

Czy IPN, publikując książkę, nie popełnił finansowego samobójstwa?

W kuluarach sejmowych coraz częściej słychać głosy poparcia dla Lecha Wałęsy, który wypowiedział wojnę autorom i wydawcy książki o swojej rzekomej współpracy z komunistycznymi służbami. Antoni Dudek, historyk i doradca prezesa IPN, nie chce komentować sytuacji.

- Zobaczymy, jakie będą ruchy polityków - kwituje lakonicznie.

Parlamentarzyści mogą zareagować szybko. Słychać głosy, że rząd w przyszłym roku znacznie obetnie IPN-owi budżet.

Zbigniew Chlebowski, poseł Platformy i przewodniczący komisji finansów publicznych, podtrzymuje swoje krytyczne stanowisko wobec autorów książki, ale twierdzi, że na rozmowę o budżecie IPN-u na przyszły rok jest za wcześnie. Znów słychać, szczególnie na lewicy, głosy, by Instytut zlikwidować. Jaka jest jego przyszłość? Andrzej Paczkowski, historyk, członek PAN, uważa, że IPN sam jest sobie winny:

- Poruszając drażliwy temat, wywołali wokół siebie złą atmosferę. Wątpię jednak, by ktoś miał odwagę zlikwidować tę instytucję, bądź co bądź, bardzo potrzebną.

Henryk Jagielski - w latach 70. pracował na wydziale W-4 Stoczni

Dlaczego Pan twierdzi, że Lech Wałęsa to tajny współpracownik "Bolek"?

Donosił na mnie. Taka informacja znalazła się w moich dokumentach, które otrzymałem z IPN. Co ważniejsze jednak, ja to wiem z doświadczenia. Już w 1970 r. stoczniowcy wiedzieli, że Wałęsa jest szpiclem.

Jak to?

W grudniu 1970 r., kiedy stanęliśmy w obronie trzech naszych kolegów zatrzy-manych przez bezpiekę, zagroziliśmy podpaleniem komendy milicji. I cała nasza grupa również kolegów z wydziału W-4, w którym pracowaliśmy w Stoczni Gdańskiej, udała się w tym kierunku. Szedł z nami Wałęsa, który był naszym kolegą z W-4. W pewnej chwili jednak nas wyprzedził i jak się później okazało, wszedł do komendy. Stało tam już ze 20 tysięcy ludzi, którzy przyszli z całego miasta. Nie tylko ze Stoczni. Jak Wałęsa się pokazał w oknie, nawołując do rozejścia się, ludzie rzucali kamieniami w niego i krzyczeli: "Zdrajca!".

Pan też?

Myśmy wtedy nie podejrzewali, że on był informatorem. Jednak wie-czorem, gdy przyszliśmy do Stoczni, przyszedł do mnie Zdzisław Lipiński i powiedział, że Wałęsa musi być szpiclem.

Dlaczego?

Bo musiał wejść na komendę milicji na hasło. Bowiem komenda była silnie strze-żona przez milicję, podobnie jak wszystkie inne urzędy. Stoczniowcy, którzy stali przed drzwiami komendy, opowiadali, że strzegli jej milicjanci ubrani w skóry, którzy trzymali w ręku pis-tolety. Wałęsa, wchodząc tam, musiał być już "ich". Musiał być im znany.

I Pan wtedy tak też pomyślał?

Nie. Jednak dziwiło mnie, że Wałęsa chciał, żeby stocz-niowcy go wybierali do ko-mitetów, rady zakładowej czy na społecznego inspektora pracy. Ludzie nie mieli do niego zaufania i go nigdy nie wybierali. W końcu jego szef Henryk Lenarciak mianował go inspektorem, ale tylko na wydziale W-4. To nie była ważna funkcja, jak to dziś on opowiada. Nie miał żadnego immunitetu. Po latach Lenarciak dowiedział się, że Wałęsa donosił także na niego jako "Bolek".

Ma Pan dowody?

Potwierdzenia mam w mojej teczce z IPN. Jednak ja pamiętam jak dziś te wszystkie zdarzenia z 1971 r.

Jakie?

Przed pierwszym maja zaproponowałem, że gdy będziemy iść w pochodzie, musimy czerwoną flagę w czasie mijania trybuny honorowej zerwać z drzewca, podpalić i rzucić. I dokładnie o tym doniósł "Bolek". Pisząc w donosie, że "najbardziej są aktywni Jagielski Henryk i Jasiński Jan". A Jasiu to był mój uczeń. Wałęsa nas pod-puszczał, żeby móc na nas donieść.

Mocne słowa.

Ale tak było. Także w 1971 r. powiedział, że przyjedzie do nas dziennikarz, żeby z nami porozmawiać. Na to spotkanie na pochylni, w Stoczni, zbudowana została budka. Nazywana była przez stoczniowców Kapciurą. Później okazało się, że tam były zainstalowane podsłuchy.

A jaka była rola Wałęsy?

On zadawał nam pytania typu: "No co będziemy dalej robić w czasie rozmów z tym dziennikarzem?". Potem zorientowaliśmy się, że to nie był dziennikarz, tylko ktoś z bezpieki.

Jak to?

Artykuł długo się nie uka-zywał. W końcu zapytaliśmy Wałęsę, co się dzieje. On wtedy gdzieś wyszedł i po chwili powiedział nam, że cenzura zatrzymała ten tekst. I że się nigdy nie ukaże.

Jak zareagowali na to koledzy?

Stoczniowcy sobie ufali mimo wszystko. Potem przeczytaliśmy, że donosił na nas "Bolek".

Ale przecież w Gdańsku ponoć było 54 "Bolków"?

Być może. Ale tylko jeden donosił za pieniądze na po-nad dwudziestu swoich ko-legów, pracując na wydziale W-4.

To znaczy na kogo?

Na moich kolegów z pracy ze Stoczni Gdańskiej. Część z nich wyjechała, a część nie żyje. Ale wśród nich byli: Maksymilian Żmuda, Henryk Lenarciak, Bogdan Opala, Józef Animucki, Waldemar Kwapisz, Alfons Suszek, Jan Jasiński, Czesław Gawlik, Czesław Karpiński. Donosił również na mnie.

Rozmawiał Tomasz Pompowski

Jerzy Borowczak, były szef Solidarności w Stoczni Gdańskiej, kiedyś bliski współpracownik Lecha Wałęsy

Czy w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża i potem - w czasie Sierpnia 1980 roku - ktoś podejrzewał Lecha Wałęsę o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa?

Co za pomysł! Nikt.

Jak to, przecież podobno Anna Walentynowicz i inni ostrzegali?

Ania Walentynowicz była matką chrzestną dziecka Lecha Wałęsy. To jak: trzymała do chrztu dziecko agenta?

Nikt o nim nigdy złego słowa nie mówił. Ja go znam dobrze od 1979 r. Pamiętam, 16 grudnia tego właśnie roku stanął pod stocznią i grzmiał: "Jeśli do przyszłego roku, czyli 1980, władza nie postawi pomnika pomordowanym stoczniowcom, to my tu wszyscy przyjdziemy, a każdy przyniesie kamień i zrobimy kolegom kamienny kopiec". A było tam wtedy z pięć tysięcy ludzi. To agent by tak podżegał? Teraz Heniek Jagielski chodzi z Krzysztofem Wyszkowskim i opowiada, że Lech Wałęsa to "Bolek", a ja go pytam: "Heniek, czyś ty oszalał? Znasz go tyle lat, razem walczyliśmy o wolną Polskę, a ty mówisz - agent"? A Andrzej Gwiazda, skoro wiedział, że to agent, to czemu ramię w ramię z agentem negocjował z komunistami?

No, ale coś podpisał.

Może pękł i podpisał, ale to nie umniejsza jego zasług. Jego wielkości. Mali ludzie go oskarżają. Z zawiści.

Jacy ludzie?

Historycy z Instytutu Pamięci Narodowej pracują na zlecenie Kaczyńskich. Teraz pewnie zameldują: "Panie prezydencie, zadanie wykonane!"

To grubymi nićmi szyte. A prezydent mówi wprost: Wałęsa to "Bolek". Pamiętam, jak podczas strajku w sierpniu 1980 r. prosiliśmy Lecha Kaczyńskiego, by z nami został w stoczni. Odmówił. A jaki odważny teraz się zrobił! Wałęsa wyrzucił Kaczyńskich z Kancelarii Prezydenta i stąd ta złość. Gdy słucham tego szumu, śmiać mi się chce. Wałęsa bał się podobno Kiszczaka i Jaruzelskiego! Ludzie, nie dajmy się zwariować. Albo te esbeckie opisy: wszedł, ukłonił się, wziął kasę. To brednie, każdy, kto zna Wałęsę, wie, że to fałsz, on się tak nie zachowywał. Ale jego wrogowie działają na zasadzie: rzucajcie błotem, rzucajcie, zawsze coś się przylepi.

Rozmawiała Barbara Szczepuła

Prawnicy: niech Wałęsę osądzi sąd i historia

Najlepszym miejscem do rozstrzygnięcia sporu, jaki wybuchł wokół książki IPN o byłym prezydencie, jest sąd cywilny - uważają prawnicy, których zapytaliśmy, jak może dalej potoczyć się sprawa oskarżeń wobec Lecha Wałęsy.

Wałęsa musiałby wytoczyć autorom książki, czyli Sławomirowi Cenckiewiczowi i Piotrowi Gontarczykowi, proces o ochro- nę dóbr osobistych. - To dla Wałęsy dobre rozwiązanie, bo nie musiałby udowadniać, że jest wielbłądem - uważa adwokat i sędzia Trybunału Stanu Roman Nowosielski. W procesie o ochro- nę dóbr to pozwani muszą wykazać, że napisali prawdę. Były prezydent może pozwać nie tylko historyków, ale też ich szefa, czyli prezesa IPN, który zezwolił na publikację, oraz sam Instytut jako wydawcę książki.

Wałęsa może zażądać nie tylko przeprosin i odszkodowania, ale również np. wstrzymania sprzedaży książki. Można być jednak pewnym, że Instytut zabezpieczył się prawnie przed następstwami publikacji. Tym bardziej że szef biura prawnego IPN Krzysztof Zając udowodnił już nieraz, że jest dobrym prawnikiem, broniąc IPN np. w sprawach wytaczanych przez ludzi z tzw. listy Wildsteina.

Jeśli dojdzie do procesu, historycy będą musieli udowodnić, że zweryfikowali dokumenty w kilku źródłach i działali zgodnie z warsztatem badań historycznych. - Nie wystarczy, że historyk tylko opisze dokumenty. Wypadało też poprosić Wałęsę o ustosunkowanie się do zarzutów - ocenia mec. Nowosielski. Tak zrobił ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który przed opublikowaniem swojej książki o agentach w Kościele wysłał listy do jej bohaterów, proponując ustosunkowanie się do zawartych tam informacji. Na korzyść IPN przemawia jednak fakt, że Wałęsa jest osobą publiczną i prawo dopuszcza tu szerszą krytykę i swobodę wypowiedzi. Za racjami Wałęsy przemawia wygrany w 2000 r. proces lustracyjny.

Dochodzeniem prawdy mogłaby się też zająć sejmowa komisja śledcza, jednak zdaniem konstytucjonalisty prof. Piotra Winczorka, lepsza byłaby komisja niezależnych, wybitnych historyków. - Powinny to być doświadczone osoby z autorytetem - mówi Winczorek.

Za kongresem historycznym opowiada się też mec. Marek Małecki, który bronił w procesach lustracyjnych, m.in. Małgorzaty Niezabitowskiej. Wątpi %07bowiem, żeby pojawiły się nowe dokumenty pozwalające na wznowienie lustracji Wałęsy.

POLSKA Dziennik Zachodni

19-06-2008

Miasta za mało kreatywne

W grupie miast mających powyżej 100 tys. mieszkańców w naszym województwie Dąbrowa Górnicza i Ruda Śląska zostały uznane za ośrodki o najniższym potencjale kreatywnym. Na to pojęcie składa się liczba wyższych uczelni, jednostek kultury oraz zakładów przemysłu wysokich technologii w danym mieście.


Takie wnioski zawarte zostały we wprowadzeniu do Lokalnego Programu Rewitalizacji Dąbrowy Górniczej na lata 2008-2020, który wczoraj został przyjęty przez radnych. Wyniki analiz, opracowane przez specjalistów Górnośląskiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości im. K. Goduli w Chorzowie wzbudziły jednak mieszane odczucia.

- Mogą wywoływać pewne kontrowersje, ale trzeba spojrzeć na problem szerzej, odnosząc się do całej aglomeracji. Zarówno Dąbrowa Górnicza jak i Ruda Śląska mają ogromny, niewykorzystany potencjał ludzki, społeczny i wiele terenów do zagospodarowania. Rola, jaką obecnie pełnią jest niewystarczająca w stosunku do możliwości i aspiracji. Brakuje na przykład specjalizacji w gospodarce, nowoczesnych technologii, przedsięwzięć na pograniczu biznesu i kultury - mówi dr Krzysztof Wrana z chorzowskiej uczelni, współautor dokumentu.
::: Reklama :::

Z opracowania wynika, że w Dąbrowie Górniczej, ale także w Rudzie Śląskiej, czy Jaworznie brakuje rozwiniętego sektora usług. Miasta nie weszły jeszcze w stadium postindustrialne.

Nie zagadają się z tym stwierdzeniem ani w Rudzie, ani w Jaworznie.

- Uważamy, że Jaworzno weszło w stadium postindustrialne, o czym świadczy przekształcenie i likwidacja części dużych państwowych przedsiębiorstw, jak KWK Jaworzno, KWK Jan Kanty, Cementownia Szczakowa, Elektrownia Jaworzno I i Elektrownia Jaworzno II. Z drugiej strony szybki rozwój małych i średnich przedsiębiorstw na przykład w branży chemicznej, budowlanej, czy energetycznej - podkreśla Marcin Marzyński, rzecznik prasowy Urzędu Miejskiego w Jaworznie.

POLSKA Dziennik Zachodni

19-06-2008

Fontanny pełne gronkowców, salmonelli i dzieci

Miejskie wodotryski cieszą oko, ale jest w nich pełno gronkowców, salmonelli i pałeczek bakterii kałowych coli.

- Kąpiel w fontannie to nieodpowiedzialność - twierdzi Anna Szkarłat z pracowni mikrobiologii dziecięcego szpitala w Krakowie-Prokocimiu. - To ulubione siedliska legionelli, drobnoustroju wywołującego zapalenie płuc. Bakteria ta jest groźna zwłaszcza dla osób o obniżonej odporności, czyli dla seniorów i maluchów - dodaje.

Rodzice pozwalający dzieciom na kąpiel w fontannach nie powinni się więc dziwić, gdy ich maluchy zaczną skarżyć się na swędzące wysypki lub na ból brzucha. Dzieciom grożą biegunki, wymioty i inne typowe objawy zakażenia pokarmowego. Mimo to fontanny nie są kontrolowane przez sanepid. - O jakość wody w wodotryskach mają dbać samorządowcy - mówi Bogdan Czapla z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Katowicach.
::: Reklama :::

- Do wody w fontannach trzeba dodawać środki chemiczne, które m.in. zapobiegają rozwojowi bakterii (np. chlorek sodu, korektor ph) i środki zapobiegające rośnięciu alg. Fachowiec od razu wie, czy takie środki są stosowane, bo wystarczy, że spojrzy na kolor wody i spróbuje jej smaku (powinien być gorzki). Nie wszyscy jednak takie preparaty stosują - przyznaje Jarosław Grajewski, który zajmuje się konserwacją fontann w Zagłębiu. Twierdzi, że chemia wprowadzana do wody groźna nie jest.

Większość miejskich wodotrysków ma co prawda urządzenia filtracyjne i dezynfekujące, ale wodę w nich zanieczyszczają też zwierzęta, głównie ptaki i psy. Na terenie Katowic jest dziesięć fontann, ale przy żadnej nie ma ostrzeżeń. Magdalena Mazurek z Wydziału Informacji w Katowicach mówi, że "zwyczajowo nie powinno się tam kąpać". Podobnie jest w Krakowie i w Żorach. - A niby dlaczego mielibyśmy zabraniać wchodzenia do wody w fontannie? - pyta Tomasz Górecki, rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Żorach.

Na szczęście tablice z wyraźnym zakazem korzystania z wody w fontannach są w wielu miastach, m.in. ma je Łódź, Bydgoszcz, Dąbrowa Górnicza, Białystok czy Piotrków Kujawski.

- Mieszkańcy przestrzegają przepisów i straż miejska nie musi interweniować - mówi Marzena Karolczyk z Urzędu Miasta w Będzinie.

Za kąpiel w niedozwolonym miejscu, zgodnie z art. 55 kodeksu wykroczeń, grozi mandat do 250 zł. Powodem kar jest nie tylko zagrożenie epidemiologiczne, ale też ryzyko uszkodzenia instalacji. Za to grozi nawet 500 złotych.

POLSKA Dziennik Zachodni
19-06-2008


Zamiast z ropy będziemy robić benzynę z węgla

Rosnące ceny paliw sprawiły, że na całym świecie przyśpieszane są prace nad alternatywnymi źródłami energii. Szuka się także nietradycyjnych metod pozyskiwania ropy. Dzieje się tak także w Polsce. Resort gospodarki chce do października przygotować studium opłacalności budowy w Oświęcimiu fabryki produkującej paliwa płynne z węgla. Jak mówi wicepremier Waldemar Pawlak, już w czerwcu będzie wiadomo, jaka firma opracuje na zlecenie ministerstwa takie studium.


- Dopiero po zapoznaniu się z tym dokumentem będziemy mogli ocenić opłacalność inwestycji - mówi prezes spółki Synthos Dariusz Krawczyk.

Ta właśnie firma kilka miesięcy temu podpisała z władzami Oświęcimia oraz Kompanią Węglową list intencyjny w sprawie budowy fabryki. Instalacja ma kosztować ok. 6 mld zł i dać zatrudnienie 1,5 tys. osób. Rocznie będzie przerabiała ok. 6 mln ton węgla, z którego powstanie 2 mln ton paliwa syntetycznego. Sygnatariusze listu liczą na dofinansowanie przedsięwzięcia z funduszy unijnych i wsparcie rządu.
::: Reklama :::

Pomysł budowy rafinerii zjednoczył wszystkich posłów ziemi oświęcimskiej: Beatę Szydło (PiS), Janusza Chwieruta (PO) i Stanisława Rydzonia.

- Oświęcim doskonale pasuje pod tę inwestycję - mówi Beata Szydło, w przeszłości burmistrz pobliskich Brzeszcz, słynących z kopalni o bardzo dobrej jakości węgla. - Jest tu wiele osób mających doświadczenie zarówno w branży chemicznej, jak i górniczej.

Gorącym zwolennikiem budowy fabryki na terenie Synthosu jest Jan Babiarz. Emerytowany dyrektor dawnych zakładów chemicznych doradza dziś w tej sprawie prezydentowi Oświęcimia.

- Rośnie zapotrzebowanie na ropę. Rosną też koszty poszukiwań złóż naftowych i koszty wydobycia ropy. Dlatego produkcja płynnych paliw syntetycznych z węgla kamiennego staje się coraz bardziej opłacalna - mówi. Zdaniem specjalistów produkcja paliwa syntetycznego z węgla staje się opłacalna, jeśli cena baryłki ropy przekroczy 100 dol. Tymczasem już dziś oscyluje ona wokół 140 dolarów.

Produkcja taka była już prowadzona m.in. w Niemczech, gdzie w 1944 roku wyprodukowano 4,6 mln ton paliw. Stosowano wtedy dwie metody: Bergiusa, polegającą na bezpośrednim uwodornieniu węgla, oraz Fiszera - Tropscha, gdzie węgiel najpierw zgazowywano do tlenku węgla i wodoru. Potem z tego gazu wytwarzano paliwo, tzw. syntina.

Także w Polsce przez jakiś czas stosowano tę metodę. W ramach reparacji wojennych z Niemiec do Polski trafiła linia do produkcji paliwa z węgla. Zainstalowano ją w zakładach chemicznych w Oświęcimiu.

- Tak było do końca 1960 r. - wspomina Jan Babiarz. - Kiedy cena ropy spadła, nie było sensu zajmować się produkcją paliwa syntetycznego. Na dziesiątki lat sprawę odłożono do lamusa.

Z ekonomicznego i logistycznego punktu widzenia instalacja do zgazowania węgla powinna być umieszczona bezpośrednio przy kopalni, a synteza i przetwórstwo - na terenie spółki Synthos. Firma dysponuje wolnymi, uzbrojonymi terenami oraz potrzebną infrastrukturą techniczną i ekologiczną, co zmniejszyłoby koszty inwestycji ok. 25 proc. Natomiast zgazowanie węgla przy kopalniach pozwoliłoby na uniknięcie kosztownego transportu oraz problemów z zagospodarowaniem popiołów (szlaki). Wytworzony przy kopalni gaz syntezowy (tlenek węgla i wodór) przesyłano by do Oświęcimia rurociągiem.

Co istotne, upłynnianie węgla do paliw jest procesem proekologicznym ze względu na brak emisji powstających gazów do atmosfery. To ważny argument na rzecz inwestycji, bo protokół z Kioto zmusza nas do redukcji do 2012 r. emisji gazów powodujących efekt cieplarniany o 5,2 proc.

Nie bez znaczenia jest też znaczące uniezależnienie się od zagranicznych dostawców ropy. Jednak musiałoby powstać więcej takich instalacji. Bo roczna produkcja 2 mln ton paliw to zaledwie kilka procent krajowego zapotrzebowania.

- Jeśli przedsięwzięcie się powiedzie, to mamy paliwo na 200 lat - mówi z nieskrywanym entuzjazmem prezydent Oświęcimia Janusz Marszałek. - Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, fabryka mogłaby zacząć funkcjonować za pięć lat.

Największym na świecie producentem paliw syntetycznych z węgla jest Republika Południowej Afryki. Zajmujący się tym kombinat Sasol osiągnął zdolność przerobową 40 mln ton węgla rocznie. Natomiast roczna produkcja paliw syntetycznych wynosi 5 mln ton. Stany Zjednoczone, przygotowując się do funkcjonowania w świecie bez ropy, przeprowadzają próby z zastosowaniem w lotnictwie benzyny pochodzącej z licznych pilotażowych instalacji upłynniania węgla. Niedawno zakończono testy w locie samolotu B52, a do końca 2011 r. takimi testami zostanie objęta cała flota powietrzna USA.

Z kolei w Chinach tamtejszy koncern węglowo-energetyczny Shenhua Group zapowiada uruchomienie jeszcze w tym roku pierwszej instalacji do upłynniania węgla. Ma ona odpowiadać zdolności wytwórczej 20 tys. baryłek ropy naftowej na dobę. Testowe instalacje pojawiają się także w innych krajach.

Na tym tle instalacja w Oświęcimiu jest więc już niestety spóźniona o kilka lat.

POLSKA Dziennik Zachodni
18-06-2008

Na egzaminie nie znało lektur 1300 gimnazjalistów

Odpowiedzialnymi za przyszłość gimnazjalistów, którzy nie omówili z polonistą "Kamieni na szaniec" i "Syzyfowych prac" są dyrektorzy szkół - tak zdecydowało Śląskie Kuratorium Oświaty. - Dyrektorzy będą śledzić drogę rekrutacyjną wszystkich pechowców, muszą być z nimi w stałym kontakcie. Natomiast w kuratorium do dyspozycji uczniów i rodziców będą wizytatorzy - mówi Piotr Zaczkowski, rzecznik kuratorium.

Sprawą miało się zająć ministerstwo edukacji. Eksperci uznali jednak, że egzamin nie zostanie powtórzony, bo nie stwierdzono uchybień proceduralnych.

Dyrektorzy szkół oraz wydziały edukacji miast i gmin, nie kryją, że sprawa lektur jest bardziej skomplikowana niż się to wydaje minister edukacji, Katarzynie Hall, która w piątek stwierdziła, że problem dotyczy niewielkiej grupy uczniów. Statystyki pokazują co innego. W Zabrzu lektur nie znało 240 uczniów, w Tychach 120, w Bielsku-Białej niemal 150, w Świnnej k. Żywca 130. W sumie 1300 gimnazjalistów nie przeczytało lektury, bo polonista zaplanował ją w późniejszym terminie, był nieobecny na lekcjach, albo po prostu zapomniał.

W piątek gimnazjaliści dostaną świadectwa ukończenia szkoły, dokument potwierdzający wyniki uzyskanie na egzaminie gimnazjalnym oraz specjalne zaświadczenia, które są od wczoraj wypisywane przez Okręgową Komisję Egzaminacyjną w Jaworznie. Imienne zaświadczenie może się jednak okazać mało ważnym świstkiem, który będzie można co najwyżej oprawić w ramkę. - Pytałem w kilku liceach, czy będą je honorować. Nikt nie potrafił mi udzielić żadnej odpowiedzi. Chyba nie chcieli mnie martwić - mówi gimnazjalista z Zabrza.

Gimnazjalistom mają również pomóc szkolni wizytatorzy. - A co kuratorium może zmienić w tym momencie? Wydaje mi się, że nie pozostaje nam nic innego, jak indywidualne rozwiązanie każdej sprawy - mówi Mirosław Wyszyński, dyrektor Gimnazjum nr 1 w Siemianowicach Śląskich.

POLSKA Dziennik Zachodni
18-06-2008


6-latki w szkole?

Mimo coraz głośniejszych protestów rodziców, rząd nie wycofa się z obniżenia wieku szkolnego. "Dzieci nie są własnością tego czy innego ministra edukacji. Odpowiedzialni za nie są rodzice i to oni powinni decydować, kiedy ich dziecko powinno rozpocząć naukę" - to fragment listu, który do minister Katarzyny Hall wysłało ponad 10 tys. rodziców. Założyli stronę: prawarodzicow.pl. Żądają, by resort wycofał się z zapowiadanego na 2009 r. obniżenia wieku szkolnego do 6 lat.


Według ministerialnych planów w każdej szkole już za rok powinny być klasy z miejscem nie tylko do nauki, ale i do zabaw: z puchatym dywanem, pluszakami, interaktywnymi zabawkami wspomagającymi rozwój, dostępem do komputera, projektorów i sprzętu RTV. Oddziały pierwszaków nie powinny liczyć więcej niż 25 dzieci. A szkolne świetlice - gdy zażyczą sobie rodzice - powinny pracować przynajmniej do godz. 17.

Na zorganizowanie przetargów i zakup sprzętu samorządom został rok. Ale MEN uspokaja: zdążymy, a reformę wprowadzimy tak, by żadne dziecko nie ucierpiało. - Rozumiem niepokój rodziców - mówi nam wiceminister Zbigniew Marciniak. Ministerstwo chce je rozwiać podczas spotkań z rodzicami. I podczas zaplanowanej na przyszły rok kampanii informacyjnej.

Resort zakłada, że we wrześniu 2009 r. razem z 7-latkami do szkoły pójdą 6-latki urodzone między styczniem a kwietniem. Łącznie ponad 700 tys. dzieci. - Rok 2009 jest idealny do przeprowadzenia tej reformy. Właśnie wtedy przypada najmniejszy liczebnie rocznik 6-latków. Dzięki temu uczniów w pierwszych klasach przybędzie tylko nieznacznie - twierdzi wiceminister.

Aż do 2011 roku o tym, czy sześciolatek rozpocznie edukację, mają decydować rodzice. Na wyposażenie szkół dla najmłodszych uczniów rząd uruchomi unijne środki: 243 mln euro.

Pierwszaki na świecie

Mali Polacy zaczynają naukę najpóźniej w UE, w wieku 7 lat.

Większość krajów Europy posyła do szkoły 6-latki (także nasi sąsiedzi: Niemcy i Czesi). Wielka Brytania - już 5-latki.

Zwolennicy wczesnego startu szkolnego podkreślają: pod okiem fachowców zacierają się różnice rozwojowe i dzieci nadrabiają środowiskowe zaległości.

Szkolny start w wieku 7 lat utrzymuje Dania, Szwecja, Litwa, Estonia, ale też najlepsza pod względem edukacyjnych osiągnięć Finlandia.

POLSKA Dziennik Zachodni

18-06-2008


Markety zaczynają doceniać pracowników

W polskim handlu zaczęła dokonywać się prawdziwa rewolucja w podejściu do pracowników. Do tej pory wielkie sieci supermarketów postrzegane były jako drapieżni pracodawcy wykorzystujący do maksimum swoich pracowników. Teraz sieci zaczynają zabiegać o względy personelu, kusić podwyżkami płac i bogatymi programami socjalnymi.

Grupa Metro, największa firma handlowa w Polsce (w jej skład wchodzą sieci Real, Makro Cash and Carry, Media Markt i Saturn), w poszukiwaniu pracowników sięga już nawet po uczniów szkół średnich. W tym roku programem Metro Edukacja objęła aż 1100 uczniów z 25 techników handlowych w całym kraju. Firma dofinansowuje ich naukę, licząc, że w przyszłości przynajmniej część z nich przyjdzie do marketów szukać zatrudnienia. To nie wszystko. Grupa finansuje studia najbardziej uzdolnionej młodzieży, która zechce się związać z nią na stałe. W lipcowej rekrutacji wyłonionych zostanie 10 młodych ludzi, którzy będą mieli nie tylko opłacone indeksy, ale i z góry zagwarantowaną pracę w sieci po zakończeniu nauki.

Eksperci są zgodni - rynek pracy się diametralnie zmienił. Nawet wielkie sieci, które nie wymagają od szeregowych pracowników wysokich kwalifikacji, mają coraz większe problemy z obsadzeniem stanowisk, zwłaszcza najniższego szczebla. Brakuje kasjerów, pracowników obsługi klienta czy obsługi ciężkich wózków w magazynach. - Liczbę wakatów w całym polskim handlu szacujemy na ok. 100 tys. To 10 proc. wszystkich stanowisk pracy w tym sektorze - ocenia Alfred Bujara, szef sekcji handlowej NSZZ Solidarność.

Problemy z wakatami i olbrzymią rotacją to efekt koniunktury na rynku pracy. - Wskaźnik zatrudnienia wzrósł w ciągu ostatnich lat z 45 do 50 proc. Bezrobocie spadło do poziomu poniżej 10 proc., podczas gdy jeszcze trzy lata temu wynosiło ok. 20 proc. - mówi Jacek Męcina z PKPP Lewiatan.

Najgorszą sytuację mają sieci w dużych miastach, w których bezrobocia już praktycznie nie ma (np. w Warszawie czy Gdańsku wynosi ono już zaledwie 2-3 proc.). W stolicy w niektórych hipermarketach i supermarketach, zwłaszcza w weekendy i w godzinach wieczornych, klienci zmuszeni są do stania w długich kolejkach. - Nie mamy obsady wielu kas - otwarcie przyznają kasjerki w Carrefourze czy Tesco.

A na niezadowolenie klientów dziś, w czasach wielkiej konkurencji, detaliści pozwolić sobie nie mogą. Dlatego coraz większą wagę przywiązują do pozyskania pracowników. Starają się przyciągnąć ich rosnącymi pensjami. Na przykład w Tesco tylko w ubiegłym roku płace wzrosły o 16 proc. W tym roku koncern na podwyżki przeznaczy aż 63 mln zł. W porozumieniu ze związkami zawodowymi ustalono, że minimalne wynagrodzenie wzrośnie o ponad 30 proc. do 1,5 tys. zł. Tyle dostanie osoba, która pracuje w Tesco na pełnym etacie co najmniej od roku. Biedronka przelicytowała tę kwotę. Minimalna płaca na pełnym etacie od marca w tej firmie wzrosła z 1,4 tys. zł do 1,6 tys. zł.

Detaliści zmuszeni są do aktywizacji grup zawodowych, które do tej pory były lekceważone lub wręcz odrzucane. Carrefour prowadzi program aktywizacji osób niepełnosprawnych. Niektóre kasy obsługują osoby głuchonieme lub niedowidzące. Auchan sięgnął zaś po pracowników za wschodnią granicę. W hipermarkecie w podwarszawskim Piasecznie klientów obsługują już kasjerki z Ukrainy i Białorusi.

Ale dziś same podwyżki płac nie wystarczają. Firmy starają się przywiązać do siebie pracowników, proponując im coraz bogatsze programy socjalne. Na tym polu przoduje Biedronka, która finansuje np. kolonie dla dzieci, paczki świąteczne czy specjalistyczne badania lekarskie pracowników. Dofinansowuje także skomplikowane operacje dzieci swoich pracowników. W ten sposób chce poprawić wizerunek.

Jednak zdaniem związków zawodowych, choć pozytywne zmiany widać gołym okiem, to nie dotyczą one wszystkich sieci.- Poprawę sytuacji zaobserwowaliśmy w sieciach hipermarketów. Ale wciąż źle jest w dyskontach, największe zastrzeżenia mamy obecnie do sieci Lidl - mówi Alfred Bujara, szef sekcji handlowej NSZZ Solidarność.

POLSKA Dziennik Zachodni
17-06-2008




Książka o Wałęsie tylko dla wybranych

Wyczekiwana od wielu miesięcy książka IPN "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii" Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka będzie bardzo trudna do zdobycia dla zwykłych czytelników. Jak dowiedziała się nasza gazeta, ma mieć tylko 2 tys. egzemplarzy nakładu. Ale do sprzedaży trafi jej jeszcze mniej, bo zaledwie 10 proc., czyli około 200 sztuk.

- Reszta zostanie przekazana VIP-om - mówi nasz informator w IPN. Książkę dostaną naukowcy, publicyści, politycy, biblioteki naukowe. 200 sztuk ma być rozdysponowane do sprzedaży między poszczególne oddziały IPN. Do wybranych księgarni może trafić tylko minimalna liczba egzemplarzy.

Książka jest wyczekiwana na przykład w Głównej Księgarni Naukowej im. Bolesława Prusa na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, która współpracuje z IPN. - Na razie nic nie mamy, ale proszę dzwonić po 20 czerwca - mówi Elżbieta Chorowańska, księgarz z "Prusa". Andrzej Arseniuk, szef IPN, nie chciał nam wczoraj udzielić żadnych odpowiedzi na szczegółowe pytania dotyczące zawartości książki. O spokój prosił też jeden z autorów - dr Piotr Gontarczyk. Żaden nie chciał nawet podać konkretnej daty ukazania się publikacji.

Wiemy jednak, że książka ma mieć ok. 780 stron: 300 %07- tekstu, 350 - aneksu źródłowego i 130 - aneksu ilustracyjnego zawierającego skany najważniejszych dokumentów. Ma kosztować 65 zł.

W ubiegłym tygodniu w IPN mówiło się, że może się ona pojawić już dziś. Teraz jednak data się odwleka. Tygodnik "Wprost" napisał wczoraj, że książka pojawi się w księgarniach 23 czerwca. Z naszych informacji wynika, że dziś kwestia dystrybucji książki będzie omawiana na spotkaniu dyrektorów oddziałów IPN.

- Po całym tym zamieszaniu wokół publikacji IPN podchodzi do książki z dużą ostrożnością. To dlatego zmniejszono jej nakład. Na początku planowano, że będzie wydana w pięciu tysiącach egzemplarzy %07- mówi nam pracownik IPN.

Lech Wałęsa już zagroził szefowi IPN Januszowi Kurtyce sądem, jeśli w książce znajdzie się twierdzenie, że był on tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie "Bolek". Twierdzi, że wie, kto nim był naprawdę, i ogłosi to po ukazaniu się publikacji.

POLSKA Dziennik Zachodni
17-06-2008

Już w przyszłym roku każdy pirat zostanie ukarany mandatem

Przekraczasz prędkość? Trudniej będzie ci uniknąć za to kary, kiedy w życie wejdzie nowy projekt zakładający pełną automatyzację karania tych, których na przewinieniu przyłapią fotoradary policji i straży gminnej. Jest ich ponad 200 w całym kraju, do końca przyszłego roku stanie dwa razy więcej. Za przekroczenie prędkości odpowie właściciel pojazdu, chyba, że udowodni, że to nie on prowadził pojazd. Dotychczas to policja musiała sprawdzać, kto był kierowcą samochodu. Problemem była także ściągalność mandatów - tylko 65 proc. ukaranych zapłaciło za złamanie prawa.

Projekt jest już w parlamencie i, jak zapewnia Adam Rapacki, wiceminister MSWiA, najpóźniej na jesieni zostanie przyjęty.

- Jesteśmy zacofani porównując z resztą zachodniej Europy. Odbija się to na statystykach - mówi Rapacki.

Polska wypadła fatalnie w podsumowaniu wypadków drogowych w całej Unii Europejskiej w 2007 roku. Biorąc pod uwagę liczbę wypadków, mamy najwięcej ofiar śmiertelnych wśród wszystkich krajów członkowskich. W Polsce zginęły 5583 osoby w 50 tys. zdarzeń. Prawie połowa z nich z powodu nadmiernej prędkości.

Podobne problemy 7 lat temu mieli Francuzi. W 2001 roku w państwie drogowców uwielbiających ronda zginęło ponad 8 tys. osób. Rodacy Napoleona wprowadzili automatyczny system wypisywania mandatów, zwiększyli liczbę fotoradarów. Statystyki spadły o prawie połowę.

- Będziemy wzorować się na Francuzach - zapewnia Rapacki.

System działał u nich perfekcyjnie, wprowadzono wysokie mandaty, które nieuchronnie nakładane były na kierowców. Mimo drobnych błędów systemu udało się zmienić mentalność kierowców, a ci, choć wściekli, musieli przyznać, że działania policji i rządu przyniosły pozytywny skutek. Tak jest w większości krajów Unii.

Dzięki automatyzacji udało się także odciążyć armię policjantów, którzy dotychczas wypisywali mandaty. Liczy na to mł. inp. Jacek Zalewski, dyrektor biura ruchu drogowego w Komendzie Głównej Policji.

- W Polsce to ponad 500 funkcjonariuszy, którzy będą mogli wrócić na ulicę i tam pilnować porządku - uważa Zalewski.

Projekt nie będzie także wymagał zbyt wielu dodatkowych środków z kieszeni podatnika. 57 mln euro z unijnego Programu Operacyjnego Transport czeka na wykorzystanie do końca roku. Pomysł na pewno do tego czasu wejdzie w życie.

- Nie chcemy, żeby kierowcy czuli, że mamy zamiar karać ich na siłę. Fotoradary będą stawiane tylko w miejscach szczególnie niebezpiecznych. Część z pieniędzy z mandatów będzie przeznaczana także na poprawę bezpieczeństwa ruchu drogowego - przekonuje wiceminister Rapacki.

Policjanci już planują, żeby system rozwijać o kolejne cuda technologiczne, jak czujniki wyłapujące przejechanie na "czerwonym", jazdę po buspa-sie czy wtargnięcie tira do strefy objętej zakazem ruchu zbyt ciężkich, wyładowanych towarem pojazdów.

Hannie Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy, prawdopodobnie pierwszej uda się naszpikować stolicę takimi technologiami.

- Na pewno ocalałoby dzięki temu kilka, kilkanaście osób - uważa mł. insp. Wojciech Pasieczny, zastępca naczelnika warszawskiej drogówki. Policyjne roboty i komputery nie zastąpią jednak ani funkcjonariuszy z krwi i kości, ani prawdziwych autostrad i mądrej organizacji ruchu. Kierowcy muszą widzieć, że nie płacą mandatu na pensję urzędnika, ale po to, by ich bliscy nie ginęli na drogach.

POLSKA Dziennik Zachodni
17-06-2008


Zagrożone wypłaty unijnych dotacji

Sytuacja jest dramatyczna. Pracownicy urzędów marszałkowskich, wojewódzkich i starostw, którzy zajmują się obsługą wniosków o unijne dofinansowanie, nie chcą już biedować, dostając co miesiąc średnio 1,4 tys. zł na rękę. A jeśli nawet zdecydują się na taką pracę, to po roku, półtora, gdy już wyspecjalizują się w pisaniu euro wniosków, odchodzą do firm konsultingowych, gdzie zarobią średnio 5-5 tys. zł netto, a w stolicy nawet 10 tys. zł.

- Tylko w ubiegłym roku odeszło od nas prawie 20 osób, jedna czwarta kluczowych ludzi zajmujących się pomocą unijną. Nie ma ich kto zastąpić. A potrzebujemy coraz więcej pracowników - przyznaje Marta Milewska, rzeczniczka marszałka Mazowsza. - Zdajemy sobie sprawę, że odchodzący wybierają lepiej płatną pracę, a my finansowo nie jesteśmy w stanie przebić firm konsultingowych

Urzędnicy odpływają, tymczasem do wzięcia z Unii jest coraz więcej pieniędzy - na lata 2007 - 2013 możemy dostać aż 67,3 mld euro na drogi, pociągi, komunikację miejską, budowę hal, stadionów i instytucji kulturalnych. Ale możemy tego wszystkiego nie wybudować, bo do tej pory urzędnicy podpisali umowy na jedyne... 300 mln euro.


To niepokojące, zwłaszcza, że już w 2010 roku Komisja Europejska chce nas rozliczyć z projektów wartych, bagatela, 8,5 mld euro. Jeśli tempo wydawania pieniędzy będzie takie jak do tej pory, możemy zapomnieć o realizacji tak sztandarowych inwestycji, jak choćby budowa lotniska w Modlinie, rozbudowa portu lotniczego w Rzeszowie i zakup nowoczesnego taboru kolejowego w Wielkopolsce. Dziesiątki drobniejszych inwestycji od kanalizacji i wodociągów, po szkoły, czy oczyszczalnie ścieków może zostać zrealizowanych z dużym opóźnieniem.

A chętnych na unijną kasę jest wielu. Na Mazowszu liczy na dotacje ponad 5 mln osób, ponad 600 tys. firm i 314 gmin. Tylko w ramach jednego unijnego programu "Kapitał Ludzki" od listopada 2007 złożono 1650 wniosków. Zdarza się, że do marszałka wpływa w ciągu jednego tygodnia około 500 wniosków, które trzeba dokładnie przeanalizować i skontrolować. Tymczasem osób zajmujących się wnioskami jest 314, a potrzeba dwa razy więcej. W dodatku liczba urzędników odpowiednich departamentów się zmniejsza.

W Małopolskim Urzędzie Wojewódzkim w Krakowie z 24 osób, zatrudnionych w wydziale, zajmującym się obsługą wniosków unijnych odeszło siedem. Nowi się nie zgłaszają, a z miejsca potrzeba tam ośmiu specjalistów, bo do przerobienia jest 200 wniosków o dotacje na lata 2007-2013. Jeśli tak źle jest teraz, co będzie dalej?

- Boimy się jak ognia dalszego odpływu urzędników - mówi Małgorzata Woźniak, rzecznik wojewody małopolskiego.

Poprzedni rząd próbował zatrzymać pracowników urzędów wojewódzkich i Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, dając od 600 do 1,2 tys. zł brutto podwyżki na głowę. To okazało się niewystarczające, podobnie jak mnóstwo szkoleń, organizowanych dla urzędników, po to by, jak sie mówiło "dać szansę rozwoju".

- Robimy, co możemy, żeby uatrakcyjnić pracę urzędnikom, mają coraz więcej szkoleń, czego raczej nie uświadczą w firmach prywatnych. Tam jest działalność komercyjna - trzeba pracować szybko - dodaje Małgorzata Woźniak.

Ale poprzednia minister rozwoju regionalnego Grażyna Gęsicka (PiS) uważa, że nie tylko małe pensje i ssanie ze strony firm konsultingowych drenuje ludzi z urzędów.

- To także fatalna organizacja pracy w wielu urzędach - marszałkowie powinni np. zlecać usługi na zewnątrz, tak by odciążyć trochę urzędników. Są na to pieniądze ze specjalnego programu unijnego. Ale niektórzy wolą tylko narzekać - irytuje się Gęsicka.

Organizacja pracy jest istotna, co dobitnie pokazuje przykład Gdańska. Marszałek województwa pomorskiego Jan Kozłowski od kilku lat zatrudnia w dwóch wydziałach urzędu młodych ludzi,którzy znają języki i orientują się w prawie unijnym. Budując silny i sprawny zespół urzędników, zabezpieczył się przed odejściami z pracy. Marszałek motywuje ich, dając wysokie nagrody, pensja też jest jak na urząd niczego sobie - średnio 4 tys. zł brutto. To jedna z najwyższych stawek urzędowych. W dodatku pensje są tu zryczałtowane, co trzyma urzędników przy marszałku. W prywatnych firmach dostawaliby pieniądze wprost proporcjonalne do wykonanej pracy. Ale mimo tych starań od Kozłowskiego odeszło ostatnio dwóch urzędników - pieniądze znów wygrały.

- Mnie chodzi o to, by pokazać młodym ludziom ścieżkę awansu - jeśli od razu dostaną u mnie 2,5 tys. zł brutto, to jest to jakaś zachęta. Później, jeśli się starają, może być już tylko lepiej - tłumaczy Jan Kozłowski i zachęca do pracy w urzędzie.

Ministerstwo Rozwoju Regionalnego powołuje się obecnie na przykład Gdańska. Kierownictwo resortu przyznaje, że urzędników faktycznie brakuje, ale jednocześnie powtarza, że do dramatu jeszcze daleko. Nieśpieszne podpisywanie umów o dofinansowanie nie wynikałoby tylko z braku ludzi do pracy, ale i z tego, że robota papierkowa nad wnioskami to długa, mozolna praca.

- Jest kilka milardów euro, które możemy przeznaczyć m.in. na wzrost wynagrodzeń, więc to nie jest tak, że my nie możemy nic tym urzędnikom zaproponować. Nie tragizujmy - uważa Krzysztof Hetman, wiceminister rozwoju regionalnego.

POLSKA Dziennik Zachodni
17-06-2008


Tata z certyfikatem

Nie każdy mężczyzna może być supermanem, ale każdy może spróbować zostać supertatą - mówi Dariusz Cupiał, założyciel internetowego portalu "tato.net""

Jak zapewnia, to pierwszy taki projekt w naszej części Europy. Były przedsiębiorca od kilku lat uczy mężczyzn, jak funkcjonować w specyficznej firmie, jaką jest rodzina. Organizuje w całej Polsce warsztaty dla ojców i chce przywrócić należne im miejsce. Skupia się na różnych problemach, w tym tak ważnych, jak relacje ojców i córek oraz budzenie świadomego ojcostwa.

Niedawno ojcowie i ich córki przyjechali z całej Polski na kilkugodzinne warsztaty do Zabrza. Niektórzy z pewnym zażenowaniem przyznawali, że własne pociechy są im właściwie...obce, a podróżując na Śląsk, nie wiedzieli, o czym mają rozmawiać z nimi w czasie tej drogi. Nigdy wcześniej nie przebywali tyle godzin tylko z córkami! One zaś podczas zajęć miały problem, by opisać swych ojców, używając tylko pozytywnych określeń.


Mimo że chodzi o delikatną materię, warsztaty prowadzone przez specjalistów przypominają szkolenia dla biznesmenów. Są prezentacje multimedialne, praca w grupach lub pojedynczo oraz chwile relaksu dla rozluźnienia czasem napiętej atmosfery. W Zabrzu ojcowie tańczyli ze swoimi córkami do muzyki z filmu "Grek Zorba". Niektórzy pląsali z córką pierwszy raz w życiu.

- W Polsce mówi się o roli ojca, a nawet tworzy systemy pomocy dopiero wtedy, gdy jest bardzo źle; jeśli w rodzinie pojawia się np. problem alkoholizmu. Głośno jest też o ojcach, gdy upominają się o prawa do dzieci po rozwodzie. Nie mają zaś żadnego wsparcia w sytuacjach pośrednich. Jeśli nawet tata potrafi zajomować się małą córeczką, to potem, gdy jego mała dziewczynka powoli zamienia się w kobietę, zaczyna się gubić. Efekt to bolesna utrata kontaktów z dzieckiem po wejściu w wiek dojrzewania, wtedy, gdy są sobie najbardziej potrzebni. Często nadrobienie strat staje się niemożliwe. Bywa, że mężczyzna zaczyna czuć respekt i obawę przed swoją dorosłą już córką - mówi Michał Jurkiewicz z Duszpasterstwa Rodzin diecezji gliwickiej, który razem z Maciejem Petelą zorganizowali na Śląsku kilka szkoleń dla ojców.

Jednym z uczestników zabrzańskich warsztatów był Maciej Potrzesz i jego 14-letnia córka. Ojciec opowiadał, że ich kontakty rozluźniły się, gdy Miriam poszła do gimnazjum, choć - jak podkreśla - nigdy nie były złe.

- Wiem, że praca pochłania mnie nadmiernie i nie poświęcam córce tyle czasu, ile powinienem. Zdarzały się nam nieporozumienia i niedopowiedzenia. Po warsztatach ta bariera zniknęła. Okazało się, że teraz porozumiewamy się znacznie lepiej - mówi.

Pomysł, by skupić się na problemach ojcostwa, zrodził się w 2003 r. w lubelskiej Fundacji im. św. Cyryla i Metodego. - Zaczęliśmy się zastanawiać nad rolą współczesnych ojców, bo straszliwie zapracowani nie potrafią lub nie chcą odnaleźć się w niej. Czy powinni funkcjonować w rodzinie tylko jako żywiciele? - pyta pan Darek.

Przecież ich rola jest nie do przecenienia. To ojciec daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, dzięki niemu zdobywa ono poczucie własnej wartości i staje się stabilne emocjonalnie - uważa Dariusz Cupiał. Dla każdego współczesnego taty ma dobrą wiadomość: prawdziwego ojcostwa można się nauczyć. Ale może się zdarzyć i tak, jak powiedział jeden z uczestników zajęć: - Nie wiem, czy będę lepszym ojcem, ale mogę stać się lepszym dziadkiem.

W Zabrzu niektórzy ojcowie tańczyli ze swoimi córkami pierwszy raz w życiu

Warsztaty lub wakacje z synem

Fundacja Tato.Net ma swoją siedzibę w Lublinie przy ul. ks. Wojciecha Danielskiego 10. Można się z nią kontaktować telefonicznie pod numerem 0-81-527-99-13 lub elektronicznie pod adresami e-mailowymi:

albo

Zainteresowanych tematem informujemy, że Fundacja ma również swoich przedstawicieli na Śląsku. Jednym z nich jest Maciej Petela. Można z nim nawiązać kontakt pod numerem telefonu 694-467-166.

Podczas najbliższych wakacji Fundacja organizuje na przykład męskie wyprawy ojców i synów. Będą to między innymi spływy kajakowe po Bugu oraz po Dniestrze.

Ojcostwo coraz ważniejsze

Twórcy portalu "tato.net"" target="_blank">"tato.net" współpracują z amerykańskim ośrodkiem pomagającym ojcom we właściwym wypełnianiu ich roli. Prowadzą też badania na temat sytuacji ojców w Polsce. Zapoczątkowano je w województwie lubelskim. Ich celem jest opisanie problemu, m.in. poprzez ocenę liczby rozwodów i skutków, jakie powodują dla ojców i dzieci. Nie są także obojętne skutki nieobecności ojców w domu z powodu nadmiaru pracy. Chcą też ocenić, co oznacza w praktyce niedocenianie roli ojca w rodzinie.

Za pomocą strony internetowej twórcy programu chcą, by do zainteresowanych dotarła zarówno wiedza teoretyczna, jak i inspiracja; poprzez pozytywne wzorce ojcostwa zarówno biologicznego, jak i adopcyjnego. Oto internetowy adres stowarzyszenia: www.tato.net

POLSKA Dziennik Zachodni

16-06-2008

Laptopy dla nauczycieli?

Rządowy program "Komputer dla ucznia", wbrew nazwie, obejmie też nauczycieli. - We wrześniu 2009 r. pierwsi gimnazjaliści dostaną od państwa darmowe laptopy - mówił premier.

- Mamy świadomość, że ten program nie będzie miał sensu, jeśli nauczyciele będą bez komputerów lub nie potrafią z nich korzystać - mówi minister Tomasz Arabski, odpowiedzialny za program.

Ale przygotowania do informatyzacji gimnazjów wcale nauczycieli nie cieszą. Na forach internetowych wielu oskarża premiera o "rozdawnictwo" i odwracanie uwagi od konfliktu nauczycieli z rządem. Nauczycielskie związki zawodowe walczą z rządem o 50 proc. podwyżki i przywileje emerytalne. Związek Nauczycielstwa Polskiego zagroził strajkiem szkół we wrześniu.

POLSKA Dziennik Zachodni
16-06-2008

Policja bez samochodów

Masowe awarie radiowozów podczas interwencji. Wiele komisariatów zostaje bez transportu. Funkcjonariusze odmawiają służby w wyeksploatowanych autach. Na policjantów czeka się godzinami, bo jadą tramwajem. Taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny, i to już niedługo.

- Ponad połowa pojazdów wykorzystywanych przez policję, czyli ponad 7 tys., nie nadaje się już do użytku - ostrzega Tomasz Kowalczyk, dyrektor biura logistyki Komendy Głównej Policji. Nowych nie można kupić, bo przetarg na 4,3 tys. samochodów rozpisany ponad pół roku temu stoi w miejscu z powodu ciągłych protestów.

- Już osiem miesięcy jesteśmy na etapie specyfikacji, czyli ustalania warunków przetargu. Jak tak dalej pójdzie, radiowozy zobaczymy może za rok, może za półtora, a praca wielu komend może zostać sparaliżowana - mówi Zbigniew Nycz, dyrektor finansowy KGP. Policjanci chcieli, by były one jednej marki, aby zaoszczędzić na serwisie.



- Liczyliśmy, że firma, która wygra, specjalnie przystosuje linie produkcyjną, by auto spełniało w 100 proc. nasze wymagania - opowiada Krzysztof Hajdas z biura prasowego Komendy Głównej Policji.

A tych jest sporo, m.in.: wzmocniony układ jezdny, dostosowanie do przewożenia aresztantów, fabryczne przygotowanie do montażu środków łączności czy niepalna tapicerka. Warunki oprotestowali jednak polscy dostawcy aut General Motors oraz Peugeota i Seata. Szczególnie nie spodobało się im, że policja wymaga w samochodach podwyższonych zawieszeń, by auta mogły poruszać się po różnym terenie. Firmy stwierdziły, że tak postawione warunki dyskryminują ich, a jedynie %A9koda Octavia może spełnić żądania KGP.

Krajowa Izba Odwoławcza wzięła pod uwagę opinię biegłych z Polskiego Związku Motorowego i Instytutu Transportu Drogowego, którzy zaopiniowali specyfikację policji pozytywnie, i pozwoliła kontynuować przetarg. Firmy odwołały się do Sądu Okręgowego w Warszawie. W przyszłym tygodniu sąd ma podjąć decyzję w tej sprawie. Na razie sprawa przetargu pozostaje w zawieszeniu.

Zablokowane jest też zamówienie policji na 1,7 tys. furgonów. - Prawie 60 proc. więźniarek i półciężarówek do przewożenia policjantów trzeba wymienić ekspresowo. Niektóre mają po 15 lat - tłumaczy Hajdas.

KGP, powołując się na "istotny interes bezpieczeństwa państwa", chciała go przeprowadzić poza ustawą o zamówieniach publicznych. Tak robi bardzo często wojsko. Eliminuje to możliwość protestów i w konsekwencji opóźnienia dostaw. Jednak prezes Urzędu Zamówień Publicznych Jacek Sadowy stwierdził, że brak samochodów dla policji nie jest kwestią bezpieczeństwa państwa.

- Czemu to prezes decyduje, co jest kwestią bezpieczeństwa? To komendant główny za to odpowiada i to on zapłaci głową za paraliż policji - irytuje się Nycz.

- Wcześniej policja mogła kupić samochody zgodnie z ustawą, a teraz nie może? - dziwi się Anita Lichniak-Olczak, rzecznik UZP. - Poza tym, nawet gdybyśmy przymknęli oko, to na pewno Komisja Europejska zaskarży to do Trybunału Sprawiedliwości.

POLSKA Dziennik Zachodni
16-06-2008





Plany budowy nadajnika sieci komórkowej wywołały burzę w Kamionce i katowickim Zarzeczu

Ludzie boją się masztów telefonii komórkowej. Wbrew zapewnieniom ekspertów wierzą, że technologia GSM jest szkodliwa dla ich zdrowia.

Taki nadajnik ma stanąć na obrzeżach katowickiego Zarzecza w bezpośrednim sąsiedztwie mikołowskiej Kamionki, 400 m od kopalni doświadczalnej "Barbara". Decyzja katowickiego magistratu w kwestii lokalizacji inwestycji jest wiążąca. Mimo to, ani mieszkańcy, ani dyrekcja zakładu nie życzą jej sobie w swojej okolicy, każdy ze swoich powodów.

- Chodzi nam przede wszystkim o nasze zdrowie i życie - podkreśla Luiza Kwiatkowska, mieszkanka Kamionki. - Mój dom znajduje się jakieś 200 m od działki, na której stanie maszt. Sąsiadka mieszka jeszcze bliżej. Podobno anteny typu 500 W, a o taką się rozchodzi, powinny się znajdować co najmniej 150 m od najbliższej zabudowy. A ta okolica to nie tylko pola upraw, ale również ulubione miejsce spacerowiczów.


Decyzja o przekazaniu działki pod budowę anteny zapadła już w marcu minionego roku. Mieszkańcy próbowali najpierw interweniować u Piotra Uszoka, prezydenta Katowic. Bezskutecznie. Nic nie dały także pisma, które wystosował na ich prośbę burmistrz Mikołowa.

- Byliśmy naprawdę zdeterminowani - rozkłada ręce Kwiatkowska. - Poszliśmy nawet do księdza. Próbowaliśmy przekonać ludzi, którzy wydzierżawili tę działkę, żeby zmienili swoją decyzję. Byliśmy gotowi nawet zapłacić im, ale inwestor miał widocznie bardziej przekonujące argumenty po swojej stronie.

W końcu mieszkańcy postanowili skorzystać z ostatniej deski ratunku i zaalarmowali dyrekcję kopalni doświadczalnej Barbara, licząc na to, że urzędnicy odniosą się do nich inaczej po wysłuchaniu zdania specjalistów. To właśnie od nich dyrektor Krzysztof Cybulski dowiedział się o planowanej budowie:

Jestem zdenerwowany, bo nikt tej decyzji z nami nie skonsultował - mówi. - Wiemy, że nie jesteśmy bezpośrednim sąsiadem tej działki, ale działamy na tym terenie od 80 lat i o tak poważnej inwestycji wypadałoby nas chociaż poinformować.

Kopalnia jest placówką naukowo-badawczą. Zajmuje się bezpieczeństwem i zwalczaniem zagrożeń gazowych i pyłowych. Na jej terenie znajdują się liczne urządzenia elektroniczne, w dodatku w przestrzeniach zagrożonych wybuchem.

- Interesuje nas przede wszystkim, jakie są ewentualne zagrożenia płynące z oddziaływania pola elektromagnetycznego i prądów błądzących. Liczymy na to, że inwestor przedstawi nam szczegółowe ekspertyzy - mówi Cybulski.

Kopalnia wysłała pismo do Urzędu Miasta w Katowicach z prośbą o uchylenie decyzji. Dostała odpowiedź odmowną, z zastrzeżeniem, że może się odwołać do samorządowego kolegium odwoławczego.

- Kopalnia nie jest stroną w tej sprawie, ponieważ nie sąsiaduje z działką, na której ma stanąć maszt - argumentuje Bożena Górka, zastępczyni naczelnika wydziału budownictwa katowickiego UM. - Wszystkie ogłoszenia były w swoim czasie publikowane w internecie. Osobiście, nie potrafię powiedzieć, jaki wpływ może mieć taki nadajnik na ludzkie zdrowie, ale słyszałam, że nie jest szkodliwy.

Inwestor nie wystąpił jeszcze o pozwolenie na budowę. Czeka na decyzję NSA, do którego sprawę skierowali mieszkańcy Kamionki i Zarzecza.

- Jeżeli to nic nie da, będziemy pikietować pod urzędem miasta - zapowiada Luiza Kwiatkowska. - W Polsce sprawa nie jest jeszcze dość nagłośniona, ale wyniki badań amerykańskich i austriackich ekspertów wskazują, że obecność takiego nadajnika źle wpływa na nasze zdrowie. Zaczyna się od depresji, kończy na chorobach nowotworowych, np. białaczce. Mieszkamy w pięknej okolicy, ale musimy racjonalnie patrzeć w przyszłość.


Jerzy Kopyczok, zastępca Śląskiego
Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska

Stawianie anten telefonii komórkowej jest związane zarówno wymogami prawa budowlanego, jak i prawa ochrony środowiska. Każdy inwestor jest zobowiązany przed oddaniem takiego nadajnika do eksploatacji zwrócić się do nas. W przypadku anten wolno stojących procedura jest szczególnie skomplikowana, ponieważ traktuje się je jako obiekt budowlany. Konieczne są stosowne projekty. Specjaliści sprawdzają sposób i zasięg rozprzestrzeniania się promieni elektromagnetycznych. Takie promienie są oczywiście szkodliwe, ale z doświadczenia wiem, że w województwie śląskim nigdy nie zdarzyło się, żeby promieniowanie oddanych do użytku nadajników było przekroczone.

POLSKA Dziennik Zachodni
13-06-2008


Łaziska Górne: Spółdzielnie nie nadążają z realizacją wniosków o wykup mieszkań

Sąd Rejonowy w Mikołowie ukarał grzywną prezesa jednej z łaziskich spółdzielni mieszkaniowych. Mężczyzna musiał zapłacić 200 zł za to, że w ustawowo wyznaczonym terminie nie załatwił wszystkich formalności związanych z wykupem lokalu przez najemcę. Zniecierpliwiony spółdzielca zwrócił się o pomoc do wymiaru sprawiedliwości i… wygrał.

 Już odwołałem się od decyzji sądu i zamierzam udowodnić, że zostałem ukarany niesłusznie - zapowiada prezes z Łazisk Górnych, argumentującx, że ustawowy termin jest za krótki i nie do wykonania przy większej ilości wniosków.

A tych z każdym miesiącem przybywa, od kiedy w minionym roku w życie weszła znowelizowana, korzystniejsza dla najemców ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych. Dotąd na konto spółdzielni trzeba było wpłacać różnicę pomiędzy wartością rynkową lokalu a zwaloryzowaną wielkością wkładu mieszkaniowego. Te kwoty sięgały kilkudziesięciu tysięcy złotych. Teraz własny kąt można mieć za sumę dziesięciokrotnie (a nawet - stukrotnie) mniejszą, ponieważ lokator jest zobowiązany do pokrycia tylko ceny nominalnej mieszkania. Nie musi uzupełniać wkładu mieszkaniowego z tytułu modernizacji budynku ani spłacać zobowiązań spółdzielni (przypadających na lokal) związanych z remontami. Z nowych stawek mogą korzystać jednak tylko te osoby, które złożyły wnioski o przekształcenie i nie podpisały umowy notarialnej. Przepisowo, spółdzielnia powinna załatwić wszystkie formalności dotyczące wykupu mieszkania w okresie nie dłuższym niż trzy miesiące, ale coraz więcej z nich ma problem z dotrzymaniem terminu.

Z tego powodu, coraz więcej zmęczonych oczekiwaniem lokatorów decyduje się egzekwować swoje prawa w sądzie. Część z nich wierzy, że spółdzielnie umyślnie opóźniają wszystkie formalności, ponieważ boją się zagrożenia dla swojego majątku. Choć to precedens, są to nierzadko wygrane sprawy. Nagromadzenie wniosków w sądach i prokuraturach całego kraju dowodzi, że przypadek w Łaziskach Górnych nie jest odosobniony, a Krajowy Związek Lokatorów i Spółdzielców twierdzi, że wyrok był zasadny.

POLSKA Dziennik Zachodni
13-06-2008

Sinusoida demograficzna naszego powiatu


Powiat mikołowski nie poddaje się tendencjom spadkowym, które zdominowały większość gmin całego województwa śląskiego.
W ciągu ostatnich siedmiu lat liczba jego mieszkańców wzrosła (przy drobnych zachwianiach w okolicach 2001 r.) o 1.243 osoby. Jak zwykle, mniejszość (ok. 45 procent) stanowili panowie. We wszystkich pięciu gminach naszego powiatu mieszka aktualnie 44.663 mężczyzn i 47.043 kobiety (co daje w sumie 91.706 osób), co oznacza, że statystycznie na 100 mężczyzn przypada 105,4 kobiet (o 0,3 więcej niż na przełomie XX i XXI w.). Nie zmieniła się za to liczba mieszkańców przypadających na jeden kilometr kwadratowy. Po siedmiu latach nadal jest to ok. 391 osób. Gęściej zrobiło się tylko w Łaziskach Górnych (obecnie 1.094 osoby na km kw., czyli o 7 więcej niż w 2004 r.) i prawie dziesięciokrotnie od nich "luźniejszych" Wyrach (186 osób na km kw., o 5 więcej niż w 2004 r.). Z gmin miejskich w ścisłej końcówce znajduje się Orzesze, gdzie zagęszczenie ludności po licznych wahaniach minimalnie spadło i wynosi aktualnie 224 osoby na km kw. Jeszcze luźniej zrobiło się w czterokrotnie mniej licznych, ale za to wciąż ciaśniejszych Ornontowicach (obecnie 360 osób na km kw.). Tylko w stolicy powiatu gęstość zaludnienia utrzymała się przez ten czas na stałym poziomie - 485 mieszkańców na jednym kilometrze kwadratowym (prawie 25 proc. więcej niż w skali całego województwa).

Powiat mikołowski, i w tym nie stanowi wyjątku, starzeje się. Najwięcej jest osób po 65. roku życia, czyli 11.434 (między 2000 a 2006 r. przybyło ich 1.779). Najbardziej w tym okresie zmalała liczba osób w wieku od 5 do 9 lat (o 1.235 osoby). To właśnie dzieci stanowią najmniej liczną grupę wiekową wszystkich pięciu gmin. Zdecydowanie najmniej jest ich w przedziale od 0 do 4 lat (tylko 4.257, o 191 mniej niż siedem lat wcześniej). Mimo to, przyrost naturalny w powiecie mikołowskim jest dodatni, co w skali województwa stanowi pewien ewenement (na plusie wśród powiatów znajdują się poza tym tylko powiat pszczyński - statystyczny rekordzista, lubliniecki, rybnicki i wodzisławski). Ilość urodzeń żywych wzrosła tu od 2000 r. z 801 do 908, co spowodowało, że przyrost naturalny zmienił się z -59 na 111. Oznacza to, że aktualnie na 1000 mieszkańców przypada 1,2 malucha. Przyrost ujemny odnotowało tylko Orzesze (gdzie różnica między liczbą urodzeń a zgonów wyniosła 26 osób) i Wyry (o 3 zmarłych więcej od nowo narodzonych). Najlepiej na tym tle wypadły Łaziska Górne, gdzie przyrost naturalny wynosi najwięcej w powiecie, czyli 2,6 (na 1 tys. ludności), czyli ponad dwukrotnie więcej niż trzy lata temu. Na 100 osób w wieku produkcyjnym w Mikołowie przypada 51,8 emerytów. Lepiej pod tym względem wypadają tylko Łaziska Górne (51, 3 osób w wieku nieprodukcyjnym), najgorzej - Orzesze (57,8 takich osób), choć liczba emerytów generalnie spada z roku na rok we wszystkich gminach.

Jakie są prognozy demograficzne dla powiatu mikołowskiego? Długookresowe zapowiedzi przewidują, że liczba ludności województwa śląskiego będzie się wciąż obniżać. Tej tendencji nie oprą się także gminy naszego powiatu. W 2010 r. ma być nas ok. 91,1 tys. Przez następne dziesięciolecie ta liczba prawdopodobnie wzrośnie do 91,4 tys., ale już w 2025 r. ma nas być tylko 90,8 tys., a pięć lat później zaledwie 89,6 tys. Prognozy mówią, że będzie ubywać mieszkańców miast, a przybywać ludności wiejskiej. W ogólnej populacji wzrośnie udział emerytów, za to ubytek ludności spowoduje malejąca liczba urodzeń, rosnąca ilość zgonów i migracje zagraniczne.

POLSKA Dziennik Zachodni
13-06-2008



Valid HTML 4.01! Valid CSS!
| Darmowe Blogi | Ogólnopolski katalog dostawców internetu | Portal Miasta e-laziska.pl | Reklama w Portalu e-laziska.pl | Internet Żory | Internet Gliwice | Internet Kraków | Internet Katowice | Amatorki - Darmowe Blogi | Internet Tychy | Pokoje Łaziska Górne - Noclegi | Internet Bytom | Internet Mikołów | Domena biznesu - Polski.AS | INTERNET - Łaziska Górne - Promocja 18 - 36 Mb/s - 9,99 zł | Korporacja Internet | Nowe Oblicze Reklamy - Perfectus | Szybki Kredyt na SMS | Tagi SEO | Reklama kontekstowa | Pokoje Hotel Łaziska Górne | Pokoje Hotel Mikołów | Darmowa Bramka SMS